Bookmark and Share

Talenty i słabości czyli diwa Sembrich

Autor: RENATA PASTERNAK-MAZUR
2009-11-20

Fot. Archiwum
Marcella Sembrich-Kochańska jako Mimi w III akcie Cyganerii Pucciniego, Metropolitan Opera House, 1902 r.
Wiek XX należał do trzech tenorów. W XIX wieku rządziły soprany. Diwy dyktowały repertuar, kostiumy, a nawet tonacje swoich arii. Zarabiały krocie.

 Jedną z największych primadonn przełomu XIX i XX wieku przybliża książka Małgorzaty Komorowskiej Marcella Sembrich-Kochańska. Życie i śpiew. Opowiada o naszej rodaczce (1858-1935), która urodziła się na Podolu w okolicach Tarnopola, a zmarła w Nowym Jorku w swoim apartamencie na dziewiątym piętrze przy 151 Central Park West, z widokiem na parkowy staw. Z jednej strony była to XIX-wieczna dama w strojnych sukniach i wielkich kapeluszach z piórami. Z drugiej strony - chętnie korzystała z nowinek technologicznych: fonografu, telefonu, telegrafu, samochodu, samolotu i radia. Uprawiała też sporty: wspinała się po górach, jeździła na bicyklu, próbowała jazdy konnej. Była sprawną bizneswoman.

NALEŻAŁA DO NAJLEPIEJ ZARABIAJĄCYCH ŚPIEWACZEK swej epoki. Za dwa miesiące występów w Rosji zarobiła 26 000 rubli, podczas gdy baryton 3200, a chórmistrz zaledwie 500. New York Times w 1907 r. narzekał, że wywozi z USA co sezon 85 000 dol. Paryski L'Evenement opisywał primadonnę w roli Violetty z Traviaty Verdiego jako "witrynę z diamentami", w skład której wchodziły: bransoleta od cara Aleksandra II, diadem od carowej Katarzyny, trzy rzucające blaski gwiazdy-zapinki do włosów od księcia na Oldenburgu, bransoleta z rubinami od króla Hiszpanii, medalion z rzadkiej czystości diamentami od lorda Caldridge'a, bransoleta w perłach i diamentach od Gye'a na pamiątkę jej debiutu w Covent Garden, i inne klejnoty od londyńskich arystokratów.

Choć w świadomości Polaków Sembrich-Kochańska znana jest jako Marcelina, autorka zdecydowała się na imię Marcella, bo "tak sama, mając lat szesnaście, podpisywała się w listach z wakacji wysyłanych do przyjaciół we Lwowie. Jako Marcelina figurowała jedynie na afiszach drukowanych na ziemiach polskich (...), i brak dokumentu, który taką formę imienia by potwierdzał".

Kochańska to panieńskie nazwisko śpiewaczki. Sembrich to panieńskie nazwisko jej matki, pod którym zasłynęła na scenie. Wzorem wielu ówczesnych śpiewaków, którzy na scenie przybierali włoskie pseudonimy, debiutowała jako Marcella Bosio. Po mężu nazywała się Stengel.

NAZYWANO JĄ DRUGĄ PATTI. Adelina Patti, najsłynniejsza z primadonn drugiej połowy XIX w., królowała na scenie, gdy Sembrich dopiero zaczynała karierę. Miały dość podobne głosy oraz predyspozycje raczej do lirycznego i komediowego niż dramatycznego repertuaru. Ponoć nawet się lubiły. Śladem Patti Sembrich oszczędzała głos, nie śpiewając na próbach i unikając rozmów w dniu koncertu, po suknie jeździła do Paryża, obwieszała się klejnotami, a przede wszystkim śpiewała według starej szkoły włoskiego belcanto.

Śpiewacy w owym czasie nagminnie sprawiali dyrygentom, muzykom i partnerom scenicznym niespodzianki, które dziś są nie do pomyślenia. Pierwszy kontrakt Sembrich na występy w Rosji zakazywał śpiewaczce "wprowadzania jakichkolwiek dodatkowych fragmentów muzycznych nieistniejących w partyturze, ani nieuzgodnionych z dyrektorem cięć, skrótów czy transpozycji". Mimo to Sembrich w Cyruliku sewilskim Rossiniego dodawała w scenie "lekcji śpiewu" nie tylko wariacje Procha i Słowika Alabjewa, ale także Życzenie Chopina, z własnym fortepianowym akompaniamentem. Gdy jej liczne modyfikacje oryginalnego tekstu muzycznego, które "partię Rozyny zmieniły niemal w jej parafrazę", spotkały się z ostrą krytyką i dezaprobatą publiczności, ograniczyła ornamentykę.

CZASY SIĘ ZMIENIŁY. Na scenę wkroczyły dramaty Wagnera, Verdiego oraz werystyczne opery Leoncavalla. Dodawanie ozdobników zaczęło wzbudzać powszechny sprzeciw. Pod wpływem krytyki Sembrich zrezygnowała ze "wzbogacania" utworów żyjących kompozytorów, ale partie z oper Rossiniego, Donizettiego i Meyerbeera nadal ozdabiała zgodnie z konwencją starej włoskiej szkoły kadencjami i fioriturami wyuczonymi u Lampertiego.

Życie i śpiew w tytule książki na pierwszy rzut oka wydają się sformułowaniem na wyrost. Jakże bowiem można piórem oddać śpiew diwy sprzed stu lat? Małgorzacie Komorowskiej to karkołomne zadanie jednak się udało. Partie książki na ten temat, zwłaszcza rozdział Śpiewać jak Sembrich, należą do najlepszych. Portretu sztuki wokalnej primadonny dopełnia płyta z wyborem arii i pieśni w historycznych nagraniach dokonanych przez Sembrich.

Poszczególne rozdziały książki poświęcone są różnym zagadnieniom z życia, kariery i pozascenicznej działalności artystki. W opisie kolejnych etapów jej życia zachowany jest porządek chronologiczny. Jeden z rozdziałów, Spotkania z Ojczyzną, opisuje koncerty Sembrich w Warszawie, Krakowie, Lwowie oraz Wilnie. Ważną część książki zajmuje przygoda primadonny z Ameryką.

NIE PLANOWAŁA DOMEM UCZYNIĆ NOWEGO JORKU. Wybudowała sobie bajeczną Villę Monticello w Nicei nad Morzem Śródziemnym, gdzie planowała osiąść po zakończeniu kariery. Wprowadziła się do niej w 1913 r. Wkrótce jednak I wojna światowa wygnała ją z tej rezydencji za ocean.

Amerykę już wcześniej zjeździła wzdłuż i wszerz podczas tournée koncertowych. Ćwierć wieku śpiewała na scenie Metropolitan Opera. Próbowała też działalności impresaryjnej, ale bez sukcesów. W San Francisco przeżyła trzęsienie ziemi. Wkrótce potem dała w Carnegie Hall recital na dochód dla chóru, który stracił kostiumy, i orkiestry Met, która w wyniku trzęsienia ziemi straciła instrumenty.

Działała także na rzecz Polski i Polonii. Założyła Amerykańsko-Polski Komitet Pomocy w Nowym Jorku (American Polish Relief Committee of New York), zwany potocznie Komitetem Marcelli Sembrich, wciągając do współpracy amerykańskich miliarderów (m.in. Andrew Carnegiego i Johna P. Morgana jr.) oraz ludzi z nowojorskiej elity. Nie szczędziła datków na cele dobroczynne.

Odnosiła też sukcesy jako pedagog. Była dziekanem wydziału wokalnego The Curtis Institute of Music, którego dyrektorem został Józef Hofman. W swojej rezydencji Bay View na nabrzeżu milionerów w Lake George urządzała kursy wokalne. Dziś na małej części posesji mieści się muzeum śpiewaczki, zorganizowane i administrowane przez The Marcella Sembrich Memorial Association.

SPORTRETOWANA W KSIĄŻCE MAŁGORZATY KOMOROWSKIEJ Sembrich jest postacią wielowymiarową. Uosabia amerykański mit from rags to riches. Uboga Podolanka pierwsze lekcje muzyki - gry na skrzypcach oraz na wystruganej z drewna klawiaturze fortepianu - pobierała u ojca, który "krytym wozem objeżdżał wraz z żoną i dziećmi miasteczka i wsie, przystając tam, gdzie udało mu się otrzymać parę lekcji". Jej akompaniator, Amerykanin Frank La Forge, wspominał później, że nigdy nie omijała ulicznych śpiewaczek czy grajków, a dając im pieniądze, mówiła: "Powinniśmy ich szanować, to są przecież nasi koledzy".

W 1885 roku, po kilku latach na scenie, naznaczonych pierwszymi wielkimi sukcesami, ale też paroma porażkami i uwagami krytyków, które dawały do myślenia, publicznie przyznała, że na naukę nigdy nie jest za późno. Podjęła lekcje u Francesco Lapertiego, ojca swego poprzedniego nauczyciela z Mediolanu, Giovanniego Battisty, niechcący wywołując między ojcem i synem wojnę o tytuł pedagoga Sembrich.

ŚPIEWACZKĘ POZNAJEMY TEŻ Z MNIEJ CHWALEBNEJ STRONY. 18 kwietnia 1903 w Czarodziejskim flecie Mozarta wywołała przykry incydent. "Publiczności podobała się Fritzi Scheff w duecie z Campanarim - Papagenem i żądała bisu. Dyrygent nie zareagował, więc Sembrich, razem z Trzema Damami, wyszła do finału, i zaczęła śpiewać, podczas gdy brawa - nie w jej stronę kierowane - trwały nadal. Nagle przerwała i zeszła ze sceny. Scheff z Campanarim powtórzyli duet i zapadła długa cisza. Kiedy Sembrich wreszcie wróciła, sala zamarła. Ale ona powiedziała: ´skoro publiczność woli subretkę niż mnie, niechaj tak będzieª. I na dobre opuściła scenę. Finał skrócono - zabrzmiał tylko końcowy chór".

Małgorzata Komorowska dysponuje świetnym piórem. Niektóre rozdziały książki czyta się wręcz jednym tchem. Próbowała jednak napisać biografię primadonny bez "wchodzenia z butami" w jej życie. W efekcie momentami książka zamienia się w rejestr występów diwy, który wnosi do narracji niewiele i lepiej by znalazł się w aneksie (obejmującym ważniejsze recenzje, programy koncertowe, listy, dokumenty i artykuły, a także repertuar operowy, oratoryjny i pieśniowy wykonywany i nagrywany przez artystkę).

Nie przekonuje też hipoteza, że pani Stenglowa wymieniana w listach Marcelli (m.in. z pozdrowieniami od "Państwa Stenglów") mogła być równie dobrze bratową co pierwszą żoną Wilhelma Stengla. Małżeństwo Sembrich ze Stenglem było nadzwyczaj udane. Pobrali się w Mediolanie, gdy miała lat 19, a on 31. Mąż-profesor muzyki dobierał jej repertuar, odbywał z nią próby, towarzyszył w podróżach koncertowych, negocjował kontrakty, czuwał przy łóżku umierającego syna. Czy profesor lwowskiego konserwatorium był żonaty, gdy zaczęła u niego studiować 15-letnia Marcella? Jeśli nie, to czemu ukrywali swój związek podczas koncertów w Warszawie, meldując się w Hotelu Europejskim jako "Stengel Wilhelm, nauczyciel muzyki ze Lwowa" i "Kochańska Prakseda, śpiewaczka opery, ze Lwowa", choć od dwóch lat byli już małżeństwem i mieli półtorarocznego syna.

Książka pozostawia też niedosyt na temat relacji Marcelli z ludźmi z "orszaku primadonny", z osobami prawdziwie jej oddanymi. Pozwoliłyby one lepiej poznać tę niezwykłą śpiewaczkę, "która iskrę dobrej energii, ukochanie piękna i smak życia rozpalała w innych".

----------------------

Małgorzata Komorowska, Marcella Sembrich-Kochańska. Życie i śpiew. Oficyna Wydawnicza Errata, Warszawa 2008, s. 398. Książka z płytą CD.



Komentarze:

Name: Kaz

Date: 2009-11-22 21:13:08

Od siebie dodam ze kazdego lata,w jej letnim studio w Bolton Landing,odbywaja sie wspaniale koncerty najlepszych ,mlodych artystow.Sprowadzani sa rowniez Polscy wybitni artysci i poeci.Te miejsce tetni zyciem i choc ludzie tam zatrudnieni sa zazwyczaj Amerykanie,duch polski jakby unosil sie ponad ta piekna posiadloscia (nad samym Lake George) i domem zamienionym w opere-muzeum.Oryginaly fortepian,na ktorym koncertuja pianisci,mase pamiatek tak nam bliskich i wreszcie kameralna atmosfera,czyni to miejsce naprawde wyjatkowym.I ja tam bylem,i wino po koncercie ze wspanialym pianista(Christopher Johnson)pilem.

Name: Kaz

Date: 2009-11-23 22:44:17

Tylko dodam ze wiecej na temat koncertow mozna dowiedziec sie wchodzac na www.operamuseum.com

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc