Bookmark and Share

Nowojorska kronika kulturalna (sztuka)

Autor: CZESŁAW KARKOWSKI
2009-11-20

Courtesy - Brooklyn Museum
James Tissot, Kazanie na Górze
Bez rozgłosu i bez recenzji w najważniejszych tytułach prasy nowojorskiej otwarto w Brooklyn Museum niezwykłą wystawę ponad 120 akwarel Jacques'a (Jamesa) Tissota.

Francuski malarz XIX wieku, o długim stażu artystycznym w Wielkiej Brytanii (stąd oboczność imienia), wykonał niezwykłe dzieło - w 350 obrazkach odmalował poszczególne sceny wydarzeń przedstawionych w Nowym Testamencie. Jest to zasadniczo historia życia Jezusa - od wydarzeń sprzed jego narodzin, a opowiedzianych w ewangeliach (zwłaszcza św. Mateusza), po zmartwychwstanie.

Tissot (1836-1902), który jeszcze w Paryżu dał się poznać jako bardzo wzięty malarz, wyjechał w latach siedemdziesiątych XIX w. do Londynu, gdzie także zasłynął jako portrecista.

Po 11 latach wrócił do Paryża w 1882 r. i rozpoczął jak zwykle staranne przygotowania do serii obrazów przedstawiających modne kobiety tamtego towarzystwa. W ramach tego projektu odwiedził paryski kościół św. Sulpicjusza, gdzie doświadczył wizji religijnej, która sprawiła, że nie tyle się nawrócił, ale silnie zainteresował wiarą. Przystąpił do niezwykle ambitnego projektu zilustrowania Nowego Testamentu.

Nie był to pierwsze w dziejach tego typu przedsięwzięcie, by wspomnieć tylko o wspaniałym dziele Domenico Tiepolo (syna słynnego malarza) - ponad 300 grafik na temat Nowego Testamentu; wybrane efektowne grafiki prezentowała parę lat temu Kolekcja Fricka.

O ile jednak prace Tiepolo były szkicami, ciekawymi, ale jakby dość pośpiesznie rysowanymi grafikami, to dzieło Tissota zachwyca drobiazgowością i starannością wykonania najdrobniejszych szczegółów. Sceny przedstawione na tych akwarelach, niekiedy całkiem małych, są oddane w takich detalach, iż organizatorzy zaopatrzyli wiele prac w szkła powiększające, abyśmy w wielkim zbliżeniu mogli podziwiać jego sztukę. I faktycznie, zwłaszcza w scenach zbiorowych, szkło powiększające pozwala zobaczyć różnorodność niemal mikroskopijnych twarzy postaci, ich strojów i postaw.

Ale nie rewelacyjny kunszt przedstawiania jest najbardziej zdumiewającą stroną projektu Tissota. Wręcz szokujący (z naszego zachodniego punktu widzenia) jest sam sposób obrazowania biblijnych scen. Francuski artysta podjął wpierw głębokie studia nad problematyką przedmiotu, łącznie z kilkoma wyjazdami na Bliski Wschód, studiowaniem (i fotografowaniem) tamtejszego krajobrazu, architektury, ubiorów i obyczajów ludzi. Doszedł do wniosku, iż ziemia ta i jej mieszkańcy niewiele zmienili się od czasów Jezusa. I malował sceny z Nowego Testamentu na orientalną modłę. Dziś świat przedstawiony przez Tissota przypomina bardziej arabską rzeczywistość regionu - kobiety zasłonięte po oczy, brodaci mężczyźni w zawojach na głowie i powłóczystych szatach, półpustynny krajobraz nie kojarzą się w tradycji zachodniej z ikonografią biblijną. Od setek lat w malarstwie sceny z Nowego Testamentu rozgrywały się jakby w scenerii zachodniej, postaci oraz ich zachowania także wywodziły się z tego kręgu kulturowego. W zachodnich strojach i w rozpoznawalnym krajobrazie miejskim czy wiejskim historia Nowego Testamentu została całkowicie "oswojona" i zaadaptowana przez świat zachodni do tego stopnia, iż niemal nie rozpoznawaliśmy anachronizmu tych malarskich przedstawień.

Na ile przyzwyczailiśmy się do takiej właśnie ikonografii przekonuje kontakt z akwarelami Tissota. Pierwsze wrażenie to swoisty szok, niedowierzanie i nawet odrzucenie takiego sposobu przedstawiania. Zderzenie orientalnej scenerii czyli kontekstu odległego od naszego kręgu kulturowego z doskonale znanymi wydarzeniami z Biblii, które stanowią przecież jądro naszej kultury, tworzy osobliwy kontrast i początkowo trudno widzowi ów dystans przezwyciężyć. Wkrótce jednak pojawia się fascynacja i zaczynamy oglądać starannie obraz po obrazie, choćby tylko po to, aby zobaczyć, jak w ów niezwykły sposób Tissot przedstawia znane skądinąd sceny z życia Jezusa. I trzeba przyznać, że dzieło francuskiego malarza budzi uznanie i w końcu - aprobatę: świat, w którym żył i nauczał Jezus dwa tysiące lat temu musiał bardziej przypominać rzeczywistość przedstawioną przez Tissota, niż przez któregokolwiek z zachodnich malarzy w ostatnich pięciuset latach.

Komplet akwarel Tissota był jednym z pierwszych zakupów powstającego Muzeum Brooklyńskiego. Serię tę nabyto w 1900 r. i wystawiano ją z ogromnym powodzeniem do lat 30. ub. wieku. Potem zbiór popadł w zapomnienie, choć ostatni raz jego niewielki fragment zaprezentowano 20 lat temu.

  

Courtesy - Jewish Museum
Man Ray, Le Violin d'Ingres

Man Ray jest doskonale znany i rozpoznawany z kilku dzieł, w tym chyba najpopularniejszego fotogramu Le Violin d'Ingres przedstawiającego plecy nagiej modelki (słynnej Kiki de Montparnasse) z domalowanymi "esami" - wycięciami jak w skrzypcach.

 Wielką retrospektywną wystawę prac Mana Raya, czyli urodzonego w 1890 r. na Brooklynie Emmanuela Radnitzky'ego, prezentuje Jewish Musem (1109 5 Ave./92 Street, Manhattan). Był on jednym z pierwszych artystów amerykańskich, którzy wprowadzali w USA nowinki artystyczne z Europy. Uznany dadaista, potem surrealista, po części malarz, w dużej mierze fotograf (przez lata utrzymywał się w Paryżu jako fotograf mody), trochę pisarz, niekiedy rzeźbiarz, częściej natomiast twórca surrealistycznych obiektów sztuki (do klasyki tego nurtu należy żelazko z powkręcanym w gładź przedmiotu rzędem ostrych śrubek oraz inny - kamerton z doczepionym do wahadełka zdjęciem oka), był jednym z pierwszych twórców awangardowych. Nie tylko naśladował mody panujące w Europie, ale aktywnie współtworzył nowe kierunki. Głównie jednak działał i pracował w Paryżu, w latach międzywojennych, wówczas bezsprzecznie stolicy awangardy artystycznej.

Na czas wojny Man Ray wrócił do USA, ale po 1945 r. ponownie zjawił się w Paryżu, gdzie pozostał aż do śmierci w 1976 r., jakby niepomny, że środek ciężkości fermentu w sztuce przeniósł się do Nowego Jorku.

Zaprzyjaźniony z jednymi z największych nowatorów Marcelem Duchampem i z Tristanem Tzarą, twórcami dadaizmu, obracał się w kręgu elity artystycznej Paryża, fotografował najwybitniejszych; w muzeum możemy obejrzeć serię jego ciekawych portretów, np. Ernesta Hemingwaya z banjo, Gertrudę Stein ze swym portretem namalowanym przez Pabla Picassa, André Bretona na tle obrazu Chirico, Jamesa Joyce'a i Marcela Prousta na łożu śmierci. Jako jeden z pierwszych twórców pokazywał na szeroką skalę nagość w fotografii.

Był artystą wszechstronnym, energicznym, z łatwością chwytającym idee i pomysły swoich czasów. Zdradzają to pierwsze, mało ciekawe obrazy Raya, na które się natykamy w muzeum - a to w stylu fowizmu, a to jak Malewicz (interesująca ciemnobłękitna Madonna z 1914 r.), a to w stylu futurystycznym (A. D. 1914 - War), a to kubistycznym (malował równie zręcznie jak Jacques Braque) albo dada (Spanish Dancer, 1918 r.). Należał do inicjatorów fotografii eksperymentalnej, ogłaszał się twórcą "rayografów", czyli zdjęć stykowych na papierze fotograficznym bez użycia aparatu, których sporo także możemy obejrzeć na wystawie.

Man Ray był sprawnym, inteligentnym artystą, jednym z ważnych współtwórców sztuki współczesnej. Ale wystawa potwierdza znaną skądinąd zasadę, iż nic tak szybko się nie starzeje jak nowoczesność. Wiele, jeśli nie większość zgromadzonych dzieł po prostu nuży, wydaje się anachroniczna, trąci myszką. W swoich czasach przełamywały bariery artystycznego doświadczenia, stanowiły rodzaj wypadów w nieznane rejony sztuki. Dziś, gdy już wszystkie bariery przełamano i spenetrowano wszystkie pola, większość dzieł tego ciekawego artysty ma wyłącznie historyczną wartość. Ale dużą, toteż warto wystawę tę obejrzeć.

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc