Bookmark and Share

Andrzej Łapicki: Wolę mówić własnymi słowami

Autor: JOLANTA CIOSEK
2009-11-13
Fot. Piotr Bławicki/East News
Andrzej Łapicki podczas próby sztuki Iwanow Antoniego Czechowa, w której zagrał Matwieja Siemionowicza
Szabelskiego. Teatr Narodowy w Warszawie, 2008 r.

"Praca w filmie nie jest specjalnie podniecająca. Wolałem teatr z jego magią i poezją" - mówi Andrzej Łapicki, wybitny aktor, reżyser, pedagog, który 11 listopada, w więto Niepodległości, skończył 85 lat.

Urodził się w Rydze, wychowywał w Warszawie, kilka lat spędził w Łodzi, gdzie ojciec był profesorem prawa rzymskiego. Przed wybuchem wojny rozpoczął naukę w liceum im. Batorego. Maturę zdał w 1942 roku na tajnych kompletach. Chciał być poetą, dziennikarzem, sprawozdawcą sportowym... Na próby niezależnego teatru trafił trochę przez przypadek. Studia aktorskie rozpoczął w podziemnym Instytucie Sztuki Teatralnej. Kształcił się pod okiem Zofii Małynicz, Bohdana Korzeniewskiego, Jana Kreczmara i Leona Schillera. Po klęsce Powstania Warszawskiego przedostał się do Krakowa, gdzie jako student PIST-u został przyjęty do zespołu Teatru Wojska Polskiego. Debiutował w 1945 roku w Weselu w reżyserii Jacka Woszczerowicza - w III akcie wchodził bez słowa, z kosą w ręku. Jeszcze tego samego roku Teatr Wojska Polskiego przeniósł się do Łodzi - Łapicki grał już wówczas rolę Staszka. W 1945 roku obronił dyplom i ukończył PIST.

ZARAZ PO WOJNIE ARNOLD SZYFMAN zaproponował mu angaż do Teatru Polskiego w Warszawie. Łapicki, za namową Kreczmara, odmówił i został w Łodzi, nie na długo jednak. W 1948 r. zagrał jeszcze w rolę Freda w Ladacznicy z zasadami Sartre'a w reżyserii Erwina Axera i w rok później przeniósł się wraz z nim do warszawskiego Teatru Współczesnego.

Jak twierdzą jego znajomi i przyjaciele, zawsze był indywidualistą o bardzo wyrazistych sądach, często nawet bulwersujących środowisko.

- Kiedy powiedziałem przed laty, że aktorstwo może być prostytuowaniem się, mocno za to oberwałem, choć niewątpliwie jest wystawianiem siebie na sprzedaż. Ale to może być ekscytujące, bo ciągle jest się kimś innym. Szczególnie dla kobiet to bywa fascynujące, bo mają szczególną zdolność przystosowywania się do okoliczności. Potrafią również być w życiu inne dla mężów, kochanków, synów. Może są bardziej bezwstydne? Niewątpliwie bardziej wrażliwe. Dlatego aktorstwo jest zawodem dla kobiet - wyznał mi aktor podczas jednego ze spotkań.

Inteligencja, dystans wobec samego siebie i zawodu, ironia, erudycja, poczucie humoru i niebywała wręcz umiejętność opowiadania anegdot i dowcipów - to tylko niektóre cechy wyróżniające Jubilata. Ten dowcip i ironia zapewne połączyły trzech inteligentów: Gustawa Holoubka, Tadeusza Konwickiego i Andrzeja Łapickiego, którzy przez lata zasiadali przy stoliku w warszawskim Czytelniku, a później u Bliklego przy Nowym wiecie i gawędzili. Często narzekali, utyskiwali na świat, ludzi i obyczaje.

W 1957 roku Łapicki zadebiutował jako reżyser. Na deskach Współczesnego wystawił Uśmiech Giocondy Aldousa Huxleya. Jego spektakle są przykładem inteligentnej, dyskretnej gry z literaturą, przy zachowaniu dużego szacunku dla słowa, sztuki aktorskiej i samego aktora. Andrzej Łapicki wielokrotnie dał się poznać jako znakomity reżyser repertuaru kameralnego. Interesuje go zarówno klasyka polska - Rittner, Zapolska, Kisielewski, jak i repertuar współczesny. Osobny rozdział stanowią realizacje sztuk Fredry. Łącznie wystawił ich jedenaście w Teatrze Telewizji i osiem w teatrach dramatycznych.

ZWIĄZANY BYŁ Z KILKOMA SCENAMI WARSZAWSKIMI. Po odejściu ze Współczesnego grał w Dramatycznym i Narodowym. W Polskim zagrał po raz pierwszy w 1966 r. pastora Shannona w Nocy iguany Tennessee Williamsa. W latach 1983-89 był etatowym członkiem zespołu aktorskiego Teatru Polskiego. W latach 1996-98 piastował stanowisko dyrektora artystycznego tej sceny. Dyrekcja Łapickiego upłynęła pod znakiem Fredry. Na dużej scenie premiery miały kolejno: Dożywocie, Mąż i żona oraz Zemsta. Jak pisano: "Każda z nich potwierdzała niedoścignione mistrzostwo Łapickiego w inscenizowaniu utworów Fredry. Potrafił z nich uczynić czytelne, aktualne i żywo odbierane spektakle". Jego Zemsta była niekwestionowanym wydarzeniem artystycznym sezonu.

Andrzej Łapicki, jak rzadko który z moich rozmówców ze świata teatru, rozwiewał niektóre mity.

- Zespół teatralny grający w spektaklu do jednej bramki to jedna z legend. Istniały takie zespoły, jak np. Reduta Osterwy, ale jako szkoła nie wydała żadnego wybitnego aktora. Bo łatwiej stworzyć zespół z aktorów średnich. Natomiast indywidualność nie daje się podporządkować i rozwala zespołowość. To są prawdy o teatrze, które bulwersują wielu kolegów. Ale cóż, wielokrotnie wygłaszałem opinie bulwersujące środowisko. A prawda zwykle bulwersuje, mimo to trzeba ją artykułować. Znam ten zawód od podszewki, z jego wielkościami i małościami, od sceny, widowni, garderoby i z gabinetu dyrektora. I zapewniam panią, że to nie jest radosny obraz zawodu. Teraz, na stare lata widzę, że zdecydowanie wolę mówić własnymi słowami.

Opowieści Andrzeja Łapickiego o aktorach, anegdot teatralnych w jego wykonaniu można słuchać godzinami. Dlatego łatwo sobie wyobrazić, jaka panowała atmosfera przy wspomnianym stoliku nazywanym przez Łapickiego "lożą muppetów". "Nasze spotkania były regularne. Podczas nich komentowaliśmy świat i to, co się z nim dzieje. Role były rozpisane dokładnie. Ja byłem zdystansowanym moderatorem, Tadzio sceptykiem, a Holoubek człowiekiem z pasją. Poglądy na różne kwestie miał sprecyzowane i wyrażał je z pasją. Poza tym miał magnetyczną siłę, która objawiała się na scenie i porywała publiczność. Jego inteligencja i cechy przyrodzone kwalifikowały go więc na polityka. To była jego pasja i miałby wiele do powiedzenia, gdyby się tym naprawdę zajął. Zresztą obaj się o politykę w 1989 otarliśmy, startując w wyborach do Senatu. Ale on się bardziej interesował teatrem" - wspominał po śmierci Holoubka.

POLITYKA STAŁA SIĘ W PEWNYM MOMENCIE dla Andrzeja Łapickiego równie ważna. I nie tylko polityka, również pedagogika i problemy środowiska. Był rektorem PWST, prezesem ZASP-u przez dwie kadencje i przewodniczącym Komisji Kultury w Sejmie.

- To były niezwykle ważne i ciekawe czasy. Jako rektor w stanie wojennym odpowiadałem za losy tej uczelni, musiałem wykazać się dyplomacją i umiejętnością żonglerki. To było podniecające. Czułem się potrzebny, gdy wyciągałem kogoś z więzienia, walczyłem o studentów. To bardziej cieszyło niż oklaski po udanej roli. Z kolei jako poseł na Sejm wierzyłem, że zrobimy więcej. Byłem naiwny, ale też szybko zrozumiałem, że polityka nie jest dla mnie. Szybko przyszło rozczarowanie. Poznałem mechanizmy władzy, jej meandry, gry, kalkulacje, walkę o własne interesy. Pamiętam, jak na ostatnim posiedzeniu profesor Geremek spytał nas, kto jest pewien, że nie będzie kandydował na następną kadencję. Pierwszy podniosłem rękę - wspomina.

Artysta zawsze z dużą ironią i dystansem traktował swój zawód. I choć grał w pierwszej aktorskiej lidze, nie przywiązywał do tego zbyt wielkiej wagi. A jego wypowiedzi o inteligencji i aktorstwie przejdą do historii teatru. - Mówiąc nieskromnie uważam się za inteligenta, ale nie z tego powodu odszedłem z aktorstwa. Uważam jednak, że inteligencja przeszkadza w uprawianiu tego zawodu, gdyż on wymaga pozbycia się jakiejkolwiek samokontroli. Inteligent zaś ma w sobie zwykle dużą dozę autokrytycyzmu, co utrudnia mu otwieranie się, obnażanie swoich emocji. On się ich wstydzi, jest zwykle emocjonalnie powściągliwy. A aktorstwo wymaga bezwstydu, nawet brutalności. Na scenie należy zapomnieć o wszystkich ograniczeniach, jakie stwarza własne ciało, psychika i trzeba uważać się za najlepszego na świecie. Dlatego też w tym zawodzie jest tylu kabotynów zakochanych w sobie. Oczywiście są wyjątki, takim był Gustaw Holoubek.

PRZED LATY POŻEGNAŁ SIĘ Z REŻYSEROWANIEM I AKTORSTWEM rolą Radosta w lubach panieńskich ukochanego Fredry. Pożegnał się, bo jak stwierdził w swej książce: "Nie chciałbym, aby ostatnią myślą, jaka mi przyjdzie na tym świecie do głowy była ta, którą zapisał na łożu śmierci wielki dziewiętnastowieczny aktor Alojzy Żółkowski: ´Ósma. Teraz wchodziłbym na scenę i miałbym brawaª". Ale po dwunastu latach napisał felieton "Nigdy nie mów nigdy" i... zagrał dwa sezony temu Hrabiego Szabelskiego w Iwanowie Czechowa w Teatrze Narodowym. Jak sam przyznaje, namówił go do tego dyrektor tej sceny i reżyser spektaklu Jan Englert. Zagrał świetnie i miał równie świetne recenzje.

W czerwcu br. aktor, będący wdowcem, powtórnie ożenił się - z 25-letnią absolwentką teatrologii, co spowodowało towarzysko-środowiskową sensację. Andrzej Łapicki komentuje ten harmider wokół jego osoby z dużym poczuciem humoru: "Zagrałem w życiu 150 ról, ale nigdy o mnie tyle nie pisano, jak teraz, gdy znów się ożeniłem. A mnie się po prostu znudziło siedzenie przed telewizorem, oglądanie polityków czy ligi angielskiej, którą zresztą bardzo cenię. No i tak stałem się celebrytą".

O dokonaniach artystycznych, pedagogicznych i społecznych Andrzeja Łapickiego można spisać tomy. Miast nich zacytujmy Ludwika Jerzego Kerna, który tak pisał o Andrzejach:

Tam, gdzie historii wiatr wieje,
Gdzie fruwają idee,
Gdzie się rozjaśnia,
Gdzie dnieje,
Gdzie dzieją się panateneje,
Gdzie białe kwitną nadzieje,
Śmiech śmieje się,
Wino leje,
Gdzie lądy nowe
I keje,
Współczesne Odyseje,
Gdzie orze się
I sieje,
Tam wszędzie swoje trzy grosze
Zawsze wtrącają Andrzeje.

I o te "trzy grosze" prosimy Jubilata. Jeszcze długo, bardzo długo proszę je wtrącać.



Komentarze:

Name: skleroza

Date: 2009-11-16 20:20:22

a czytał prl-owskie kroniki?

Name: del toro

Date: 2009-11-18 16:22:45

Dla chleba, panie, dla chleba.

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc