Grafika - Janusz Kapusta
"Kryzys państwa polskiego! Anarchia! Korupcja! Nie ma dnia bez nowej afery! Polska się wali!" - takie przekazy słyszymy dzień w dzień z ust prezesa PiS i powtarzających za nim jak za panią matką zdyscyplinowanych funkcjonariuszy jego partii. A życie? Obywatele płacą podatki, dzieci chodzą do szkoły, policja wystawia mandaty, czyli szarzyzna i proza dnia codziennego. O co więc toczy się gra? Przypomnijmy fakty.
Było tak. Centralne Biuro Antykorupcyjne podsłuchało rozmowy dwóch ważnych funkcjonariuszy partii rządzącej, ministra i przewodniczącego klubu parlamentarnego z człowiekiem z branży hazardowej. Powiedzmy od razu: rozmowy mocno szemrane ("dopilnuję, żeby było dobrze"), a działo się to w czasie, kiedy rząd akurat pracował nad ustawą mającą uregulować sprawy hazardu w Polsce. Jest smrodek? Jest. Co więc powinna zrobić służba odpowiedzialna za walkę z korupcją? Miała dwa wyjścia: uznać, że dowody są wystarczająco mocne i przekazać sprawę prokuraturze, albo spokojnie dalej obserwować, czy coś konkretnego z tego wyniknie i ptaszek znajdzie się w klatce. Tym bardziej że nie było żadnego pośpiechu, gdyż prace nad ustawą dopiero się rozpoczynały i do etapu kończącego sprawę procesu legislacyjnego droga była daleka. A co robi szef służby? Idzie do premiera, aby zawiadomić go o swoim odkryciu. Mówi, że sprawa, co prawda, nie nadaje się do prokuratury, chodzi wyłącznie o standardy moralne obowiązujące każdego funkcjonariusza państwowego, ale jednocześnie prosi premiera, by przyjrzał się jej bacznym okiem, bo dotyczy jego bliskich współpracowników. Premier się przyjrzał i natychmiast zaczął się łomot. Szef służby rozgłosił wszem i wobec, że doszło do przecieku i krojąca się wielka afera korupcyjna, na tropie której było Centralne Biuro Antykorupcyjne - została spalona.
KIEDY PLATFORMA OBYWATELSKA po wygranych wyborach formułowała administrację państwową, premier ku powszechnemu zdziwieniu pozostawił na stanowisku szefa CBA Mariusza Kamińskiego, wyrazistego polityka Prawa i Sprawiedliwości, który już wówczas niejednokrotnie dawał dowody, że swą pracę traktuje nie jako służbę państwu, lecz jako misję polityczną. Premier wychodził z założenia, że fundamentalista przeciwnej mu orientacji politycznej, jeden z najgorętszych wyznawców pisowskiej koncepcji IV RP będzie doskonałym nadzorcą politycznie przeciwnej mu administracji rządzącej, która jak każda już z samej swojej natury ma tendencję do wynaturzeń. Założenie słuszne pod warunkiem, że miałoby się do czynienia z "państwowcem", a nie - jak wielu od samego początku uważało - "misjonarzem idei". Dziś wiemy już na pewno, że Mariusz Kamiński zastawił po prostu na premiera pułapkę. Potrójną! Bo jakie wyjścia ma premier po otrzymaniu informacji, że jego dwaj współpracownicy mogą chcieć wykorzystać swoje możliwości w pracy nad ustawą nie w interesie publicznym, ale w interesie ludzi sterujących interesem hazardowym? 1. - zawiadamia prokuraturę. Nie ma żadnych dowodów procesowych, sprawa staje się niewypałem, a CBA może ogłosić, że premier spalił "olbrzymią aferę korupcyjną"; 2. - zawiadomiony o możliwości popełnienia przestępstwa nic nie robi, czyli sam popełnia przestępstwo, bo kryje swoich. Politycznie trudno o większą gratkę dla dołującej w sondażach opozycji. I wreszcie 3. - premier postanawia skontrolować, co naprawdę jest na rzeczy i CBA może ogłosić, że to właśnie z kancelarii premiera doszło do przecieku i patrz punkt 1. - ogłosić o spaleniu dobrze zapowiadającego się śledztwa.
POLE KONFRONTACJI ZOSTAŁO WYBRANE ZNAKOMICIE. Wokół hazardu zawsze unosi się otoczka podejrzanych interesów, korupcji, szarej strefy, moralnych dwuznaczności. Tym bardziej że obowiązujące obecnie w Polsce regulacje prawne na pewno dalekie są od doskonałości. Wiadomo o tym od lat. Kolejne rządy zarówno SLD jak i PiS-u przymierzały się, by coś z tym wreszcie zrobić, ale, co znamienne, zawsze bez rezultatu. Nie chodzi tu o kasyna, w których sprawa jest czysta, przepływ pieniędzy w pełni kontrolowany przez Skarb Państwa. Problem w tak zwanych automatach o niskich wygranych, czyli popularnych jednorękich bandytach. Od kilku lat punkty z automatami zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Nie tylko w miastach, ale także w wiejskich sklepikach, na stacjach benzynowych, w pubach, kawiarniach. Koło kościoła, do którego chodzę w niedzielę, stał kiosk z gazetami i papierosami. Już go nie ma. Wystarczyło witrynę zabić deskami, żeby do środka wstawić trzy automaty. O skali zjawiska najlepiej świadczy fakt, że kasyna z ucywilizowaną rozrywką hazardową zaczęły bankrutować. Pieniądze przepłynęły do trudnych do jakiejkolwiek kontroli punktów z jednorękimi bandytami. Szacuje się, że jest już ich w Polsce ponad 50 tysięcy.
DZIŚ JUŻ NIE ULEGA WĄTPLIWOŚCI, że chora sytuacja z hazardem w Polsce posłużyła PiS-owi do zmontowania afery politycznej. Charakterystyczne, że sam Mariusz Kamiński nie mówi już o "aferze korupcyjnej", ale "aferze przeciekowej" z Kancelarii Premiera, która spaliła przestępstwo, jakie miało się wydarzyć. W chwili, kiedy piszę te słowa, radio podało informację, że z powodu braku dowodów przestępstwa sąd rejonowy umorzył sprawę "przecieku", który spalił prowadzoną przez CBA tzw. aferę gruntową. Mam jeszcze w oczach te telewizyjne wspólne konferencje prasowe ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobry i Mariusza Kamińskiego, zanim okazało się, że "afery gruntowej" po prostu nie było. Takich akcji CBA robionych na polityczne zlecenie można wymieniać dużo więcej.
O tym, że społeczeństwo jest coraz bardziej uodpornione na polityczne gierki, świadczą najlepiej wyniki sondaży opinii publicznej. Bezpośrednio po "aferze hazardowej" Platforma minimalnie straciła, ale PiS nie zyskał. Znacząca była też reakcja premiera. Ci z PO, co dali pretekst Mariuszowi Kamińskiemu do skonstruowania afery, ponieśli konsekwencje. Słusznie. Złamali bowiem standardy obowiązujące funkcjonariuszy publicznych.
Rząd zdecydował się też na radykalne rozwiązania w sprawie hazardu. Do Sejmu ma wpłynąć ustawa delegalizująca punkty z automatami. Hazard w Polsce będzie dozwolony jedynie w kasynach.
Dzięki tym wydarzeniom Polska otrzymała odpowiedź na zasadnicze pytanie: czy jesteśmy państwem demokratycznym, to znaczy takim, w którym szef rządu zwalnia szefa tajnej służby, który daleko wyszedł z roli, do jakiej został powołany, czy też może "republiką bananową", w której szef tajnej służby zwalnia premiera rządu.
Ten "figiel" PiS-owi się nie udał. Nie łudźmy się jednak. Im bliżej wyborów, pójdą następne. Takie, których zwykła wyobraźnia ludzka nie ogarnia, ale z pewnością rodzi się w pełnej podstępnych pomysłów głowie szefa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego. Takich, jakie oko ludzkie nie widziało, a ucho nie słyszało. W tym jest dobry. Bardzo dobry. Wykorzysta cały ich arsenał. Bo przecież niepodobna, żeby Tusk został prezydentem, a Platforma znów zwyciężyła!
PISAŁAM W POPRZEDNICH "KARTKACH" o moim fatalnym upadku. Rehabilituję się w pięknym ośrodku, których już mamy sporo, ale za koszmarne pieniądze. "Z Funduszu", czyli jak się dawniej mówiło ze służby zdrowia - oferują mi półroczne czekanie. Kpina. W mieszkaniu poruszam się o lasce, a poza nim o kijach. Dla lepszego wniknięcia, co się tam w moich kościach dzieje, mam zrobić rezonans magnetyczny. Koszt nieziemski - pieniądze lecą jak wodospad i tylko patrzeć, kiedy się skończą. I będzie po krzyku. Operacji nie mogę się poddać, bo mam tzw. obturacyjne płuca i żaden anestezjolog nie zgodzi się mnie uśpić.
Mam w oczach , jeszcze sprzed wojny stare kobiety; dobiegały może pięćdziesiątki - a to już była starość, zwłaszcza na wsi - zgięte we dwoje, pracujące w polu i nieskarżące się na nic. Jeżeli nogi odmawiały posłuszeństwa to - mówiono - pewnie gruźlica kości. Innych diagnoz nie znano. I czy świat był mniej szczęśliwy niż dziś?
Posługując się kijami przy chodzeniu, w autobusie czy sklepie przekonuję się o ludzkiej życzliwości. Polacy nie są gburami, jak głosi powszechna opinia. Zwłaszcza o warszawiakach, którzy przybyli ze wsi po zburzeniu po wojnie. Tylko czasem trzeba poprosić. A tego nie lubimy. Ja lubię. Mówię do chłopaka: "Ustąp mi miejsca, bo jestem kaleka". Nikt nie odmawia. A czasem wręcz wstaje pół autobusu. Co za frajda!
PRZYJĘŁO SIĘ MYŚLEĆ O KSIĘŻACH w kategoriach betonowych głów. A bywa różnie. Ale jakoś "betony" są wdzięczniejsze do rozmów. O tych wspaniałych, rozsianych po Polsce, zapomina się. A iluż ich jest niedostrzeganych!
Na przykład, ksiądz Opocki lubi Romów, których dużo w jego parafii. A ludność? Przecież wiecie, co myśli o Cyganach! Ksiądz cytuje na kazaniu słowa Jana Pawła o "braciach koczownikach" - a ludzie w śmiech. Ksiądz się nie zniechęca, wie, że kropla drąży skałę. Urządza spotkania. Jest przekonany, że niechęć do Cyganów bierze się ze stereotypów. Bo Cygan nic, tylko cygani, kradnie, zapuszczony taki, pijak i obibok. A w cygańskiej chałupie śmierdzi. Co usłyszawszy, pewien łebski radny spytał, czy umiemy odróżnić romski smród, romski brud i romskie pijaństwo od swojego. Bo on akurat nie umie... (ja też nie).
Powoli, powoli się docieramy. W różnych kwestiach, szczególnie obyczajowych. Doceńmy to!
Warszawa, 30 października 2009 r.