Tę mądrą uwagę Aleksandra Weissberga-Cybulskiego, zanotowaną w równie mądrej, ba, wielkiej książce o stalinowskich czystkach lat 1934-39 (Wielka czystka, z przedmową Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Instytut Literacki, Paryż 1966) przytacza Józef Hen w swej najnowszej pracy Dziennik na nowy wiek, której fragmenty wydrukowała niedawno Gazeta Wyborcza. Zdanie Weissberga ilustrowało warunki panujące w celi przeznaczonej dla trzech osób, gdzie stłoczono prawie 30 więźniów; wtedy obóz mógł im wydawać się niebem.
Zarówno fizyk Weissberg, jak i pisarz Hen poznali sowieckie więzienie narodów. Urodzony w Krakowie Weissberg znalazł się po wojnie na wolnym Zachodzie, by nie powiedzieć - w niebie, natomiast urodzony w Warszawie Hen pozostał w stalinowskiej Polsce, która była wtedy prawdziwym piekłem. Takie rozdanie losów tych dwóch utalentowanych polskich Żydów zaważyło nie tylko na ich życiu, ale i ciężarze gatunkowym ich twórczości. Doświadczenie sowieckie pozwoliło Weissbergowi napisać w Londynie jedną z najważniejszych książek na temat sowieckiego komunizmu; poznania sowieckiego piekła nie mógł lub nie umiał Hen wyzyskać literacko. Obecnie pisarz wrócił do tej tematyki w zapiskach Dziennika, gdzie opowiada o Weissbergu oraz "wykłóca się" z... Witoldem Gombrowiczem.
Nie wiem, czy Dziennik Hena był pisany nocą, ale w tekście aż roi się od wołających o pomstę do nieba (lub piekła?) nieporozumień. Hen protekcjonalnie o Gombrowiczu: "Raczej to powierzchowne, co pisze o losie pisarza na uchodźstwie". Po takim ustawieniu sobie autora Transatlantyku autor Pingpongisty przystępuje do obnażania jego głupoty: "Kiedy Gombro dowodzi, że ´zanurzenie się w świecie, jakim jest emigracja, powinno stanowić niesłychaną podnietę dla literaturyª, to jest to tylko pozornie słuszne, może być jednostkowo prawdziwe, ale gdy chodzi o ogół, to tylko teoria. ´Pękają wszystkie więzy. Można być bardziej sobąª. Teoria, teoria".
"Gombro" niczego podobnego nie dowodził. W sporządzonej na prośbę Jerzego Giedroycia odpowiedzi na tekst Emila Ciorana Dogodności i niedogodności wygnania Gombrowicz twierdzi wręcz coś przeciwnego, cytuję: "... teoretycznie biorąc i pomijając trudności materialne - to zanurzenie się w świecie, jakim jest emigracja, powinno stanowić niesłychaną podnietę dla literatury. Oto elita kraju zostaje wyrzucona za granicę. Może ona myśleć, czuć, pisać z zewnątrz. Uzyskuje dystans. Uzyskuje niesłychaną swobodę duchową. Pękają wszystkie więzy. Można być bardziej sobą. (...) Wyjątkowa sposobność! Wymarzona chwila! Zdawałoby się więc, że silniejsze indywidualności, bogatsze jednostki, powinny zaryczeć jak lwy. Dlaczegóż nie ryczą? Dlaczego głos tych ludzi osłabł za granicą?".
Gombrowicz dochodzi do wniosku, który powinien ucieszyć Hena - gdyby go czytał dokładniej: "Nie ryczą, bo... bo, przede wszystkim, są zanadto wolni. (...) I ten nadmiar wolności właśnie najbardziej krępuje pisarza. Zagrożeni ogromem świata i ostatecznością jego spraw, kurczowo czepiają się przeszłości; czepiają się samych siebie; pragną pozostać takimi jak byli; lękają się najmniejszej choćby zmiany w sobie, z obawy, że wówczas wszystko się rozleci; i, na koniec, czepiają się kurczowo jedynej nadziei, jaka im pozostała, to jest nadziei na odzyskanie ojczyzny".
Te dramatyczne wyznania, wyrwane dosłownie z trzewi, Hen traktuje z wyższością bywalca Obór i kawiarni Czytelnika. Bolesne wyznanie autora Kosmosu: "Cóż z tego, że nie przebywacie w Grodnie, w Kutnie lub w Jedlińsku? Czy kiedykolwiek człowiek przebywał gdzie indziej niż w sobie? Jesteście u siebie, choćbyście się znajdowali w Argentynie lub w Kanadzie, ponieważ ojczyzna nie jest miejscem na mapie, ale żywą istnością człowieka", Hen komentuje lekceważąco: "To bardzo błyskotliwe, śmiałe i nonkonformistyczne - ale do gruntu nieprawdziwe. Napisane przez człowieka, który nie zna przywiązań rodzinnych. Ani nawet kulinarnych" (sic!). Hen posuwa się też do prymitywnej drwiny: "I cóż za wymyślne pociechy! ´Dziś nie mieszkacie w Polsce, ale za to Polska silniej w was zamieszkałaª".
Parafrazując Gombrowicza można rzec, że małostkowe słowa Hena zioną piwnicznym chłodem i stęchlizną grobu. Gombrowicz pisał o piekle wygnania z troską i powagą, a Hen, pozostając w Polsce, pozostał w sferze "bolesnej niedostateczności" - co widać w niedorzecznościach jego pseudopolemiki z Gombrowiczem, rojącej się od "jadów niezaspokojonych ambicji". Przecież, jak chce podszczypywany przez autora Nowolipia autor Ferdydurke, "jest dość obojętne w jakim miejscu świata męczą się pisarze, którzy nie są dość pisarzami, aby być naprawdę pisarzami"...
Ale kto wie, może Obory, to targowisko próżności krajowych literatów, miejsce stałych pobytów także Józefa Hena, mogły Gombrowiczowi - gnieżdżącemu się w piekle argentyńskiego oddalenia - wydawać się niebem?