![]() Kompozycja Markleya Boyera Mannahatta/Manhattan.
Fot. ©Markley Boyer, The Mannahatta Project, Wildlife Conservation Society; © Yanan Arthus-Bertrand, CORzxBIS |
Tłok na peronie był coraz większy. Przypominały się brutalne przepychanki i nieprzyjazne spojrzenia w warszawskim autobusie w godzinach szczytu. Tylko to nie był zapchany autobus ani godzina szczytu.
Spokojne niedzielne popołudnie, Nowy Jork, peron całkiem sprawnie zwykle działającej czerwonej linii lokalnej. Przecież zwykle podróż metrem nie wywołuje większych emocji. W ogóle emocji w metrze raczej nie widać. Ot, trzeba po prostu przetrwać huk metalowych kół na szynach, przesadną klimatyzację w lecie, nadmiar ogrzewania zimą, monotonne kołysanie wagonu, nagły przechył na zakręcie...
Ludzie starają się zachować wokół siebie pasmo "obszaru neutralnego". Nawet w pełnym wagonie nikt się o nikogo nie opiera, nikt nikogo nie popycha. Obchodzimy się wzajemnie z pewną ostrożnością, bez uśmiechu wprawdzie, ale i bez agresji. Znamy to dobrze i przyjmujemy jako jedną z nieuniknionych konieczności wielkomiejskiego życia. Bez wygód i obojętnie, lecz metro dowiezie nas gdzie trzeba: sprawnie, bezpiecznie, szybko pokonując nieprawdopodobne odległości.
TYMCZASEM NASTĘPNE FALE LUDZI PRZYBYWAJĄ na zapchany już peron. Znowu dojeżdża ekspresowa "dwójka", a oczekiwanej "jedynki" nadal nie ma. Można sobie wyobrazić, co się dzieje, kiedy lokalny wreszcie dociera na stację. cisk w drzwiach, przepychanki w wagonie. Ktoś krzyczy na kogoś, a krzyczy coraz głośniej. Ktoś krzyczy na wszystkich. Ktoś krzyczy przeciw wszystkim. Robi się coraz nieprzyjemniej, wręcz groźnie.
W tym tłoku, unieruchomiona pomiędzy jednym zaciekle oburzonym a innym, znajduję schronienie w sielskim obrazie, który przywołuję z pamięci. Od lat Eric W. Sanderson pracuje nad rekonstrukcją naturalnego środowiska wyspy Manhattan. Parę tygodni temu ukazała się książka, bogata w starannie przygotowane, komputerowo odtwarzane ilustracje, która podsumowuje lata jego badań. Pełna jest szczegółowych informacji o miejscowej faunie i florze, takiej, jaką ujrzeli marynarze Henry'ego Hudsona, gdy po raz pierwszy wpłynęli w przyjaźnie szeroką zatokę dokładnie 400 lat temu.
Przygotowany z wręcz encyklopedycznym rozmachem album A Natural History of New York City przedstawia naszą wyspę jako raj zieleni i zbiegu wód. Dioramy ustawione jesienią w salach Museum of the City of New York, na podstawie materiałów zebranych do książki, kusiły kolorami i ciszą: gęste mieszane lasy porastały całą wyspę. Strumienie przecinały sielskie polany. Błękitnie rozlewało się jezioro Collect - tam, gdzie teraz stoją szare budynki sądów miejskich i stanowych.
W środku wyspy, gdzie sto lat temu była zajezdnia wozów i stajnie, a obecnie tłoczą się nieprzebrane tłumy kupujących, śpieszących do teatru czy gapiących się na chaos reklam, zbiegały się rzeki i rozlewiska bogate w ryby i wszelkie inne wodne dobra. Bobry królowały na poboczach Times Square. Orły spoglądały z wysokości, mierząc dystanse w innych niż nasze miarach. ("Mannahatta/ Manhattan", do 12 października w Museum of the City of New York).
Wystawa już się skończyła, lecz Sanderson krąży ze swoją wiedzą po mieście: w niedzielne popołudnie 1 listopada będzie mówił o swoich odkryciach w Hudson River Museum w Yonkers; 17 listopada zaś spotka się z ciekawymi tematu w Gotham Center for New History w Elebash Recital Hall w CUNY Graduate Center (5 Ave. przy 34 St.).
W SKROMNYM, LECZ CORAZ AKTYWNIEJSZYM MUZEUM MIEJSKIM już rozpoczęła się następna wystawa: historycznych czarno-białych zdjęć Berenice Abbott, Andreasa Feiningera oraz Daniela Robbinsa oraz współczesnych fotosów Diane Cook i Lena Jenskela. Razem przedstawiają fascynujący obraz przemian wybrzeża wyspy. ("The Edge of New York Waterfront", do 29 listopada w Museum of the City of New York, 5 Ave. przy 101 St.).
Nakładają się obrazy z przeszłości na teraźniejszość. W wielkomiejskiej dżungli poplątane ścieżki. Gubię się wśród zbyt licznych ofert. Tej jesieni nawet w przypadku samych poloników trudno utrzymać pełne tempo. Udaje mi się posłuchać świetnych, bardzo ciekawych utworów dwóch Pawłów - Szymańskiego i Mykietyna - w wykonaniu Del Sol String Quartet, który przyjechał z Los Angeles na serię koncertów w Nowym Jorku (1 października w Symphony Space), lecz straciłam koncert So Percussion w Harvey Theater (Brooklyn Academy of Music), gdzie razem z trzema innymi perkusistami podobno świetnie zabawiał słuchaczy i sam się dobrze bawił Adam liwiński.
Przemknął przez ekran w Walter Reade Theatre ciekawie skonstruowany film Jerzego Skolimowskiego The Shout z 1978 r., jedna z tych precyzyjnych gier z czasem i szkatułkowe "opowiadania w opowiadaniu", gdzie tajemnica nakłada się na tajemnicę. Piętrzą się wystawy współczesnych artystów zapraszanych przez Instytut Kultury Polskiej i wystawiających w dobrych galeriach i ważnych muzeach. Już za kilka dni rozpocznie się seria spotkań z poetami i artystami Teatru Ósmego Dnia...
W TYM GALIMATIASIE POPLĄTANYCH DRÓŻEK i niespokojnie migających obrazów zakończę więc wyjątkowo łagodnie: właśnie otwarto w Metropolitan Museum niewielką a pełną uroku wystawę obrazów francuskiego mistrza Jean-Antoine'a Watteau. Potrafił nadać wyszukanej dworskiej cywilizacji posmak prawie naturalnej przyjemności. Każdy gest jest precyzyjnie wystudiowany. Każdy krok uważnie obserwowany przez innych. Strój musi być odpowiedni. I wyraz twarzy. I słowo ostrożne.
Lecz Watteau potrafił także ukazać, że ci ludzie - zawsze na scenie, ostrożni z konieczności, wychowania i obyczaju - czują także wielką satysfakcję, jak dobrzy aktorzy w dobrze zaaranżowanym przedstawieniu.
Oto dziewczyna w ogrodzie zasłuchana w pieśni - pewnie miłośnie tęsknej, pewnie wdzięcznie melodyjnej - wygrywanej dla niej przez pięknego kawalera. Tu dwie dziewczyny siedzą obok siebie, grajek stoi naprzeciwko, z gitarą lekko o talię wspartą. Tam znowu - w innym, ale tak samo pięknym zakątku ogrodu - grający młodzian siedzi, a dziewczyny stoją, i stojąc tak samo mają zasłuchane twarze jak tamta siedząca.
Pod wyszukanym łukiem ogrodowego pawilonu cały dwór zebrał się w pogodne popołudnie. Panna w srebrzystej sukni stoi tyłem do nas, spódnicę lekko unosi w jasnych dłoniach, głowę zwraca do kawalera, który z nogą wdzięcznie ugiętą zachęca ją do tańca. Znajdują się prawie na środku dziedzińca - jak na scenie, w jasnym reflektorze słońca. Lecz mało kto zwraca na nich uwagę, wszyscy są zajęci swymi sprawami. Tu jakaś para flirtuje za rozłożonym szeroko wachlarzem. Tam ktoś dziecko tuli. Jakiś dworak w dumnych purpurach patrzy w stronę nieba. Dama w ciemnych brokatach wino z kielicha popija. W głębi ogrodu tryskają srebrzyście fontanny. Liście na drzewach już barwi wczesna jesień.
OTO WIELKI TEATR PUBLICZNEGO ŻYCIA. Trudny teatr dobrych manier, sztywnej hierarchii i obowiązkowych uprzejmości, lecz i bardzo zmysłowych, wyszukanych przyjemności. Te suknie przecież aż się chce popieścić ręką. Poczuć powiew wiatru. Posłuchać melodii. Dołączyć do koła roztańczonych, których igraszki ktoś oświetla trzymaną w dłoni pochodnią.
Z mrocznego zakątka wychyla się sylwetka pierrota. Pojawia się często - czasem zadowolony z siebie, wśród pogodnej grupki młodych par. Czasem z twarzą ukrytą w cieniu albo tyłem do nas, tak że nie wiemy, czy niesie dobrą nowinę czy nutę smętku. Jaśnieje w półcieniach jego biały strój. Może zaraz nas rozśmieszy. Może sam zapłacze. Cichy pierrot, komediant. Poeta półszeptów. ("Watteau, Music, and Theater", do 29 listopada w Metropolitan Museum).