Daskalia

Autor: Marek Kusiba
2009-10-30

Daskalia to pisarstwo Henryka Daski: teksty poboczne w tym znaczeniu, że powstałe obok głównego nurtu krytyki polskiej, z dala od kraju, a pokazujące właściwy sposób przedstawienia dramatu wygnania na scenie polskiego życia literackiego oraz wystawienia świadectwa prawdzie o emigracji pisarzy.

Daskalia były pisane zdecydowanie innym krojem i kolorem czcionki, jakie dziś prawie już wyszły z użycia: Henryk cały czas wadził się z meritum, nigdy nie atakował człowieka. To była miara uczciwości krytyka: pisał o personie, ale nie atakował personalnie.

Daskalia dotyczyły wiarygodnych, popartych rzetelną i wszechstronną wiedzą wyglądów bohaterów jego eseistyki biograficznej, tudzież rekwizytów ich tułaczego losu oraz oświetlenia, zazwyczaj wadliwego, przez krytykę polską - która nie zaznała wygnania, a zdaje się wiedzieć więcej o tułaczach niż oni sami. Celem daskaliów była pomoc reżyserom dusz polskich w konstruowaniu wiedzy o pisarzach-tułaczach, nie tylko żydowskiego pochodzenia. Dasko wywiózł z Polski sentyment do lektur swojej młodości. Sennik współczesny Tadeusza Konwickiego uważał za najlepszą polską powieść. Gdy wyjeżdżał w 1969 r., nie wziął książek Andrzeja Brychta, ale napisał o nim najwnikliwiej ze wszystkich.

Daskalia są produktem wyjątkowego człowieka i pisarza, jakim był Henryk, Dachówą zwany przez jego przyjaciela Adama Michnika. Ale nie był Dasko malowanym ptakiem krytyki polskiej, jak Michnik o nim napisał. Był ptakiem kolorowym, ale nie malowanym, bo nikt go nie próbował zadziobać - poza okrutną chorobą, a wcześniej Władysławem Gomułką, odbierającym mu w 1968 r. prawo do studiowania, a potem prawo do polskości. Był poraniony, ale nigdy nie zerwał z krajem kontaktów, czekał na wolną Polskę i wrócił do niej piórem, jak tylko nastała.

Daskalia są tekstami najwyższej próby, pod wieloma względami niemającymi sobie równych w eseistyce polskiej. Powodów tej wyjątkowości jest kilka. Najważniejszy jest taki, że Henryk wygnanie tatuował na własnej skórze. Utożsamiał się, fascynował i przyjaźnił z wieloma autorami, o których pisał piórem zaostrzonym na lekturach amerykańskich biografistów. Pisał jak rasowy biograf, ale też pracował nad autorami jak prawie nikt w kraju.

Daskaliów nie powstało wiele, ale wystarczająco dużo, by wymościć Henrykowi miejsce na polskim Parnasie krytyczno-literackim i publicystycznym. W końcu nie jest ważne, ile razy ptak uderzył o powietrze skrzydłami, ważne jest, jak wysoko się wzniósł... Autorem tego powiedzenia jest Jąnos Pilinszky, wybitny poeta węgierski. Zdania o ptaku-pisarzu próżno szukać w antologiach cytatów, a także w internecie. Przytoczył je chodzący omnibus i łowca cymeliów literackich Ryszard Kapuściński w I tomie Lapidariów. Wyszperał je z rozmowy z węgierską pisarką Anną Jokai, zamieszczonej w Życiu Warszawy w grudniu 1987 r.

W tymże grudniu tamtego pamiętnego roku poznałem Henryka - dzięki jego niezwykłej dociekliwości oraz intelektualnej rzetelności. Wydałem w Toronto tomik wierszy o tytule Samobójstwo Marsjan. Ponieważ kupował ogromne ilości książek, kupił i moją. Odszukał mnie poprzez właścicielkę księgarni, zadzwonił, umówił się na rozmowę. Powód? Zainteresował go tytuł tomu. Dał mi godzinny, erudycyjny wykład na temat znaczeń w nim ukrytych... Natomiast piękne i mądre zdanie Pilinszky'ego może być najkrótszą recenzją twórczości Henryka. Adam Michnik, jak i my wszyscy żałujemy, że Henryk nie pisał częściej, że nie uczynił z pisania jedynego rzemiosła. Fachowcem był świetnym, doskonałym stylistą; ale on sam nie uważał pisania za cel nadrzędny, któremu należy wszystko podporządkować. Miał talent, którym mógłby obdzielić kilku kolegów po piórze. Miał wspaniałą pamięć i wiedzę, a co najważniejsze - kochał literaturę, zwłaszcza literaturę polską, głęboko, żywiołowo, traktując ją z nabożnym szacunkiem, choć trzeźwo. Był wymagający i krytyczny, może za bardzo wobec siebie, gdy mówił, że nie wierzy we własny talent, by całkowicie poświęcić się pisaniu.

Pisał więc te swoje cudowne daskalia od czasu do czasu, a raczej gdy miał czas, albo gdy zachodziła pilna potrzeba przetrzebienia jakiegoś chwastu. Joanna Siedlecka powinna zawiesić pióro na kołku po recenzji Henryka z jej Czarnego ptasiora, zatytułowanej "Trucizna". Tłumacz Robert Stiller powinien był się przerzucić z angielskiego na suahili po przeprowadzonej przez Henryka - z chirurgiczną precyzją, jakby powiedział Stanisław Barańczak - analizie antytłumaczeń książek Vladimira Nabokova. Dasko wiedział wszystko o Nabokovie, znał także doskonale angielski, sam był tłumaczem. Autor Lolity był mistrzem Henryka - w wygnaniu i pisaniu. Fascynował go fenomen Nabokova jako pisarza drugiego języka; uważał go za najwybitniejszego stylistę XX wieku.

Owszem, Henryk mógł napisać więcej daskaliów. Nie zdążył. Ale czy ważne, ile razy ten rajski ptak uderzył o powietrze skrzydłami, skoro tak wysoko się wzniósł?