Adam Michnik powiedział w czasie poniedziałkowego spotkania na Uniwersytecie Torontońskim, że jedną z rzeczy, które się Polakom nie udały w ostatnim dwudziestoleciu wolności, jest wymiar sprawiedliwości. Powód? "Gdy na salę sądową wkracza polityka, sprawiedliwość wychodzi drugimi drzwiami".
Bohater opozycji, wielokrotnie sądzony i osadzany w więzieniach z powodów wyłącznie politycznych, nie mógł lapidarniej ująć istoty jednego z najbardziej niepokojących problemów wolnej Polski.
I nie chodzi tu o sprawiedliwość dziejową, o pociągnięcie do odpowiedzialności winowajców zbrodni komunistycznych, stanu wojennego, mocodawców rozlewu niewinnej krwi w grudniu 1970 r., krwiożerczych, stalinowskich prokuratorów (tych choćby pośmiertnie), esbeków i całego systemu niszczenia ludzi odmiennych poglądów niż obowiązujące w PRL (a także, a jakże - w IV RP). Szanuję chrześcijańskie podejście Michnika, broniącego "grubej kreski" jako jedynego możliwego rozwiązania w tamtych czasach. Tyle że świadomość bezkarności za winy polityczne, zwłaszcza wobec celebrytów i różnej maści "osób zaufania publicznego", pociągnęła już w wolnej Polsce przekonanie o bezkarności za przestępstwa pospolite. Astronomiczna korupcja, która przeżera kraj niczym trąd, ugruntowała w świadomości społecznej wiarę, że ludzie znani i bogaci nie muszą się niczego obawiać, bo polski "wymiar śmieszności" - jak zjadliwie a celnie definiuje polski wymiar sprawiedliwości jeden z forumowiczów - ściga i będzie ścigał oraz surowo karał głodne babcie kradnące bułki w supermarketach, natomiast nie zajmuje się skutecznym ściganiem i karaniem przestępczości zorganizowanej tudzież ludzi umocowanych w pamięci narodu jako jego "wybrańcy" - nosicieli wypchanych portfeli, namaszczonych nietykalnością.
Bogowie mediów, znane twarze telewizji oraz tabloidów, aktorzy seriali dla kucharek są w Polsce pod ochroną - tak przynajmniej myśli przeciętny konsument kultury. Jeśli czerwoni inżynierowie polskich dusz cieszą się wolnością i wszelkimi dobrodziejstwami demokracji na mocy ustaleń okrągłego stołu, dlaczego mieliby się obawiać odpowiedzialności inżynierowie dusz wolnych, urzędujący przy stolikach telewizyjnych polskich mieszkań? Telewizja oraz prasa, w tym Gazeta Wyborcza, bierzmuje i podnosi ich do statusu półświętych. Tym samym impregnuje na wypadek chociażby wypadku i wymusza pobłażliwość u prokuratorów, sędziów, a nawet poszkodowanych. Ci ostatni odstępują z reguły dochodzenia swoich praw, gdy sprawcą jest celebryta. Świadomość współczesnego Polaka nie dopuszcza zmiany tego stanu rzeczy, czyli zrównania w prawach i obowiązkach wobec prawa tak zwanego szarego obywatela z kolorowym ptakiem, ćwierkającym na gałązce (laurowej) sławy...
Najlepszą ilustracją tej plagi jest sprawa nader pobłażliwego potraktowania aktora Tomasza Stockingera, który - jadąc po pijanemu - spowodował wypadek i uciekł z miejsca przestępstwa, nie udzielając pomocy rannej kobiecie. W każdym cywilizowanym kraju wszczęto by za nim pościg i trafiłby za kratki. W kraju nadwiślańskim policja zaprosiła go (sic!) na przesłuchanie, na które nie raczył przybyć, wykręcając się koncertem w Pułtusku z okazji nie byle jakiej: Dnia Edukacji Narodowej. A gdy w końcu łaskawie zaszczycił prokuratora swoją czci godną osobą, z wyżyn swoich przewag rozdając uśmiechy i autografy, został "ukarany" grzywną w wysokości 2,5 tysiąca złotych. Ale, uwaga, Jego Wysokość doktor Lubicz z Klanu może zapłacić jednak więcej, bo prokurator "zaproponował" mu dodatkową sumę, w ramach "dobrowolnego" poddania się karze. Jakże śmiała jakaś podrzędna prokuratorzyna płci obojętnej z jakiegoś tam Piaseczna wystąpić z taką propozycją wobec Pana Boga Kucharek? Niepojęte.
Wypadek w podwarszawskim Żabieńcu podaję w tej "Żabce" jako przykład jawnej niesprawiedliwości polskiego wymiaru śmieszności wobec Jego Wysokości Pana Aktora. No bo jeśli nawet półbóg Lubicz będzie musiał zapłacić swe ciężko zarobione tysiące za niewinne przejechanie się po pijanemu samochodem i spowodowanie stłuczki, to czegóż dopiero mogą się spodziewać jak zawsze niewinni nietrzeźwi kierowcy, którzy w ostatnich kilku dniach i miesiącach zdążyli skutecznie, i z ułańską fantazją, upolować swoimi rumakami kilka innych kobiet? Prowadzący ciężarówkę najechał na rowerzystkę i uciekł z miejsca wypadku. Inną rowerzystkę rozjechał rozmyślnie kierowca malucha po to, by zabrać jej rower...
Tymczasem w Sopocie prokuratura uznała za stosowne ukarać autora happeningu za dowcip językowy wymierzony w wielkiego przyjaciela Polski, demokracji i wolności Władimira Putina. 1 września działacz PiS-u pojawił się przed hotelem z propozycją zbliżenia między narodami, mając na sobie jedynie strój penisa i napis "Put-in". Premier Rosji propozycji nie przyjął, a młodemu Polakowi grożą 3 lata więzienia.
Rzeczywiście, ma rację Adam Michnik: gdy na salę sądową wkracza polityka, sprawiedliwość wychodzi drugimi drzwiami...