Kartki ze skażonej strefy

Autor: EWA BERBERYUSZ
2009-07-03


Ilustracja: Janusz Kapusta

 

Przyjaciele z Ameryki, którzy regularnie co dwa lata odwiedzają Warszawę, za każdym razem podkreślają, jak wiele w Polsce się zmieniło od ich ostatniego pobytu.

Pomyślałam, jak wielu z tych zmian my, tu na miejscu, po prostu nie dostrzegamy. Ot, taki drobny, pierwszy z brzegu przykład. Rok temu samochodem wracaliśmy z mężem w piękny czerwcowy wieczór do domu. Nagle - korek w miejscu, gdzie nigdy o tej porze się nie zdarzył. Kilka samochodów przed nami, a przed nimi tarasująca przejazd wataha kilkudziesięciu pijanych mężczyzn w kolorowych chustach. Groza! Obsceniczne ryki, łomotanie pięściami po dachach zatrzymanych samochodów. I mający usprawiedliwiać całe to wydarzenie dominujący okrzyk: "Tak się bawi rezerwa!".

DO TAKICH OBRAZKÓW PRZYZWYCZAILIMY SIĘ PRZEZ LATA. Powtarzały się regularnie, rok w rok w czerwcu, kiedy to poborowym kończyła się obowiązkowa służba wojskowa. Na pijane watahy, włóczące się po ulicach miast i miasteczek nie było siły. Policja chowała się po bramach, a przypadkowi przechodnie, którzy nie zdążyli uciec, kleili się do murów. Szczególnie niebezpieczne były pociągi, którymi rozwydrzone grupy wracały do swych domów. Pół biedy, jeśli kończyło się na dewastacji wagonów. Zdarzały się nawet wyrzucania pasażerów z wagonów. Bo choć popularny wierszyk głosi: "Aby ludzie żyli w pokoju, a dzieci mówiły po polsku, najszczęśliwsze chwile, posiedziałem w wojsku", dzień zakończenia służby, świętowany był jako dzień wolności.

W tym roku na początku czerwca koszary opuściło 12 tys. poborowych. Tak skończyła się 90-letnia historia obowiązkowej służby zasadniczej w wojsku polskim. Przyszedł czas na ochotników. I rzecz ciekawa. Jeśli jeszcze do niedawna przez większość młodych ludzi służba wojskowa uważana była za dopust Boży, teraz przed biurami rekrutacyjnymi do zawodowej armii ustawiają się kolejki kandydatów. W dobie kryzysu stała, płatna praca, okazuje się niezłym pomysłem na życie.

INNY PRZYKŁAD ZMIAN. Jeszcze do niedawna obowiązkowym punktem porządku dnia było obejrzenie wieczornego wydania telewizyjnego serwisu informacyjnego. W rozmowie z amerykańskimi przyjaciółmi, którzy za oceanem na bieżąco śledzą wydarzenia zachodzące w Polsce, zorientowałam się, że pewne sprawy, o których powinnam wiedzieć z telewizyjnych dzienników, są mi nieznane. A im - tak. Przyznam się, że od pewnego czasu zaniedbuję to, co ongiś było niemal obowiązkiem. Ale nie tylko ja. Czytam, że od początku 2009 roku główne serwisy informacyjne trzech najbardziej opiniodawczych stacji, czyli Telewizji Polskiej, TVN-u i Polsatu, ogląda blisko dwa miliony mniej telewidzów niż jeszcze rok temu. Czyżby Polacy stracili zainteresowanie polityką? A może te serwisy się tak zmieniły?

To drugie wyjaśnienie jest chyba bliższe prawdy. Trzy przykłady na chybił trafił. Wiadomość o szczupłych kobietach z dużym biustem, które mają problemy z kupnem stanika. Następna: historia radnego z jednego z miast Polski, który zastanawia się nad homoseksualizmem słonia z ogrodu zoologicznego, niewykazującego zainteresowania już trzecią z prezentowanych mu słonic. A z zagranicy - obszerny materiał o rozwodzie Madonny. To są tematy z podsumowujących dzień najbardziej opiniotwórczych dzienników telewizyjnych. Otóż w konkurencyjnej walce o widza telewizyjne dzienniki na gwałt przekształcają programy informacyjne w rozrywkowe. "Tabloizacja głównych wydań wiadomości we wszystkich telewizjach staje się codziennością" - komentuje Jakub Bierzyński, znawca polskiego rynku mediów. Z badań, jakie zrobiła firma Press Service, wynika, że udział wiadomości sensacyjnych i brukowych w codziennych serwisach wzrósł z 6,4 proc. w roku 2007 do 10,3 obecnie. Powszechna tabloidyzacja, signum temporis naszej codzienności, okazuje się jednakże drogą donikąd. Bo Polacy nie stracili zainteresowania polityką. Ci, co się nią interesowali, interesują się nadal. Tyle że uciekli do internetu, medium, które w Polsce zaczyna odgrywać coraz większą rolę we wszystkich dziedzinach naszego życia. "Jak to, nie było kiedyś internetu?!" - dziwi się moja siedmioletnia wnuczka. I biegnie do komputera, by sprawdzić, kto to taki, kiedy jej tłumaczę, że "babcia jest z epoki Gutenberga".

Jestem życiową pesymistką, ale w tej akurat dziedzinie jestem dobrej myśli. Niech sobie elektroniczne media szaleją, ale gazety, w ogóle słowo pisane nie zniknie, o nie.

PRZYKŁAD TRZECI: KRYZYS. Amerykańscy przyjaciele mają tu wyrobioną opinię. "Jaki kryzys - mówią. - Sklepy pełne kupujących, obok waszego miejsca na osiedlowym parkingu dwa nowe samochody. Co wy w ogóle pleciecie?".

Spotykam córkę sąsiadki, która w tym roku skończyła szkołę podstawową. "Co teraz?" - pytam. "Chciałabym dostać się do technikum". Widząc znak zapytania na mojej twarzy dodaje: "Nie wiem, czy się dostanę. Cztery osoby na jedno miejsce".

Jeszcze w zeszłym roku, jej brat, notabene o wyraźnych zdolnościach technicznych, tak zwana złota rączka, nie miał najmniejszych wątpliwości: liceum ogólnokształcące, bo daje po skończeniu największe możliwości. Jeszcze kilka lat temu, technikom i szkołom zawodowym wieszczono rychły koniec. Rodzice za wszelką cenę starali się wysyłać dzieci do liceów, nawet wbrew ich chęciom i zainteresowaniom. Kryzys zmienił to nastawienie. Spowodował, że ludzie stali się bardziej praktyczni i bardziej liczą się z wymogami rynku. W samej tylko Warszawie technika i szkoły zawodowe wybrało 40 proc. absolwentów tegorocznych podstawówek. Większość z tych szkół ma podpisane umowy z firmami, które potem rekrutują pracowników wśród uczniów. Wychowankowie mogą być pewni, że w przyszłości znajdą w nich zatrudnienie. System od dawna funkcjonujący na Zachodzie po wielu latach dotarł do Polski.

Ktoś powiedział, że doświadczenie uczy, iż najbardziej radykalne reformy dokonują się w czasach ostrego kryzysu. Jeszcze do niedawna ministerstwo edukacji zakładało, że Polska ma być krajem ludzi z wyższym wykształceniem. Zderzenie z rynkiem zweryfikowało ten pogląd. W wielu krajach unijnych proporcje są wręcz odwrotne: 70 proc. młodych ludzi przygotowuje się w szkołach do konkretnego zawodu, a tylko 30 proc. kształci ogólnie. Przykład nie tylko córki sąsiadki świadczy, że i my wkraczamy na tę drogę.

PIĄTKOWY RANEK 26 CZERWCA przyniósł wiadomość o nagłej śmierci Michaela Jacksona. Mimo rozwijającej się w ogromnym pędzie powodzi na Podkarpaciu i na Dolnym ląsku to nie obrazy rozlanych rzek i podtopionych po dachy domów stał się tematem ranka. Ekipy radia i telewizji emocjonowały się wyłącznie królem popu. Prezenterzy i prezenterki nie mogli się powstrzymać od cytatów z jego występów, niekiedy nawet wokalnych. Słowa znane na pamięć jak pacierz - z trudem trzymali ciała na uwięzi krzeseł, żeby nie naśladować jego charakterystycznych ruchów. Każdy opowiadał na wizji swoją historię z Michaelem. Jak to już od małego, itp. itd. Byli to jego rówieśnicy, więc może nie dziwota, że zajmuje ich nagła śmierć idola bardziej niż tonący ludzie i zwierzęta w Polsce i w Czechach. Niemniej, poczułam dziwną solidarność, kiedy prof. Wiesław Władyka, też w ich mniej więcej wieku, oznajmił: "A ja tam wolę Zulę Pogorzelską". Nie mógł widzieć tej przedwojennej gwiazdy kabaretów. W przeciwieństwie do mnie. Mieszkała przed wojną tak, że jej okna wychodziły na nasze. Podglądałam ją jako dziecko zza firanki. Najlepsze nogi w całej Polsce - panowała powszechna opinia. Nogi. Nogi kobiece przed wojną były najwyższym wyrazem seksu. Dziś już nie. Bo dziś kobiety: biznesmenki, fryzjerki, kasjerki czy kelnerki pokazują je - niezależnie od kształtów - w całej okazałości, niemal do kości biodrowych...