Bookmark and Share

Komuniści bali się symboli

2009-06-25

 

Ryszard Bugajski (ur. 1943 r.), reżyser, pisarz i scenarzysta. Studiował filozofię na Uniwersytecie Warszawskim. Tłumacz sztuk teatralnych i autor opowiadań publikowanych w prasie. Jego Przesłuchanie (1982) oficjalnie nie było wyświetlane w Polsce do 1989 r. Krystyna Janda, która zagrała Tonię, została nagrodzona Złotą Palmą w Cannes (1990 r.) za najlepszą rolę kobiecą.
W połowie lat 80. wyemigrował do Kanady, gdzie realizował seriale telewizyjne i wyreżyserował film fabularny Clearcut. Do Polski wrócił w 1997 r.
Jest autorem trzech powieści: Przesłuchanie (1983), Przyznaję się do winy (1985) i Sól i pieprz (2000). 

Z Ryszardem Bugajskim,
reżyserem filmu "Generał Nil",
rozmawia Tomasz Nowak

To chyba pierwszy kinowy film o bohaterze Armii Krajowej. Jak doszło do jego powstania?

W sumie był to przypadek. Jedenaście lat temu złożyłem w telewizji projekt serii filmów pod tytułem Waga i miecz. Miały pokazywać historię PRL poprzez procesy sądowe. Począwszy od procesu Szesnastu w Moskwie, poprzez proces rotmistrza Pileckiego, Fieldorfa i Wańkowicza aż po lata 80. Telewizja nigdy tego nie kupiła, ale po latach udało mi się zrealizować Śmiemrć rotmistrza Pileckiego.

Dlaczego TVP nie zainteresowała się tym cyklem?

To była epoka Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a oni nie chcieli sięgać do przeszłości. Dla nich była to rzecz wstydliwa, stąd niechęć. Ale nawet po kolejnej zmianie władzy znowu nie podjęto tego tematu, chociaż zwracałem się do każdego nowego prezesa TVP. Ze względów finansowych planowałem realizację tylko procesowego wątku Generała Nila.

Trzy lata temu, po emisjiŚmierci rotmistrza Pileckiego, do dyrektora Wytwórni Filmów Dokumentalnych zwróciła się Fundacja Filmowa Armii Krajowej - starzy akowcy, którzy produkują filmy dokumentalne o czasach wojny, stwierdzili, że jestem odpowiednim reżyserem, aby nakręcić film o Fieldorfie. Początkowo nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony - oni oczekiwali filmu dokumentalno-fabularyzowanego. Ale im dokładniej studiowałem temat, tym wyraźniej widziałem, że będzie to zupełnie inny film niż o Pileckim. To byli dwaj zupełnie odmienni ludzie, kierujący się innymi motywami - kolosalne przeciwieństwa.

Zrozumiałem, że Fieldorf jest człowiekiem, z którym bardziej bym się identyfikował. Jego sposób postępowania był mi bliższy.

Skupia się Pan na powojennych losach generała Nila. Okres wojny pokazany został w retrospekcjach. Czym się Pan kierował, tak rozkładając akcenty?

W dwugodzinnym filmie nie da się pokazać tak bogatego życiorysu. Właściwie należałoby zacząć od jego udziału w Legionach Piłsudskiego. Potem była wojna polsko-bolszewicka i służba w garnizonach na wschodzie Polski. Trzeba byłoby zatem zrobić osobny film o czasach poprzedzających aresztowanie przez NKWD w 1945 r., a druga część zaczynałaby się od powrotu z Syberii. Byłby to bardziej kompletny obraz, ale zabrakło środków. Nikt nie wykonałby tak wielkiego przedsięwzięcia.

Czy nawet po przełomie, jakim były filmy "Katyń" i "Śmierć rotmistrza Pileckiego", tak trudno jest finansować kino historyczne?

Nadal słyszy się tylko hasła o potrzebie realizowania filmów o naszej historii, ale to nie przekłada się na fundusze.

W pierwszej części filmu widzimy generała Fieldorfa, który nie staje w otwartej, zbrojnej opozycji do nowego systemu. Mamy również wrażenie, że Urząd Bezpieczeństwa prowadzi z nim rodzaj gry.

"Nil" rozumiał, że w tamtych czasach walka zbrojna z ZSRR byłaby narodowym samobójstwem. Przypominałoby to Powstanie Warszawskie, a pamiętajmy, że "Nil" był mu przeciwny. Mało się o tym mówi, bo istnieje narodowy mit Powstania Warszawskiego, ukazanego jako wielki, wspaniały zryw patriotyczny. To wszystko prawda, ale nie można ukryć faktu, że ten zryw, z uwagi na sytuację polityczną, od początku skazany był na niepowodzenie. Liczenie na pomoc ZSRR byłoby strasznie naiwne i Fieldorf o tym doskonale wiedział. Pomoc udzielona rządowi londyńskiemu byłaby wbrew sowieckim interesom.

Zatem dlaczego Sowieci tak nienawidzili Fieldorfa?

Walczył przeciw Armii Czerwonej w 1920 roku i zapewne zostało to w Moskwie odnotowane. Sowieci świetnie wiedzieli, kim był Emil Fieldorf. W czasie kręcenia filmu nasz konsultant historyczny z Instytutu Pamięci Narodowej odkrył wstrząsające dokumenty. Wskazują one na to, że adiutantka generała Stanisława Wierzbicka, osoba odznaczona orderem Virtuti Militari za walkę w Powstaniu Warszawskim, od czasów przedwojennych była agentką NKWD. Takich jak ona było wielu - Rosjanie mieli świetny wywiad.

Ale w marcu 1945 r. generał, nierozpoznany, zostaje zesłany do obozu pracy na Uralu...

Tak, ale jego aresztowanie było przypadkowe i akurat wtedy miał przy sobie dokumenty na nazwisko Walenty Gdanicki. Wielu żołnierzy AK nie znało jego prawdziwego nazwiska. Wierzbicka wtedy nie doniosła. Są jednak podejrzenia, że po powrocie generała do Polski w 1947 r. była pierwszą osobą, z którą się skontaktował. Przypuszczam, że mogła być jego kochanką. Nie pokazuję tego w filmie, a ona występuje krótko w scenie zamachu na Kutscherę. Zbyt późno pojawiły się te informacje o jej współpracy z NKWD, aby uwzględnić je w filmie.

Sowieci chcieli się więc zemścić?

Informacje o jego poglądach mieli zapewne od Wierzbickiej. Przypuszcza się też, że to właśnie ona poinformowała UB o powrocie "Nila" z Rosji. Z dokumentów widać, że stosunkowo szybko zaczęto szukać Fieldorfa na terenie Łodzi. Podejrzenia padają na Wierzbicką. Gdy Fieldorf się ujawnił, chyba jeszcze nie wiedziano, co z nim zrobić. Przez parę lat obserwowano go. Został aresztowany dopiero w 1950 r., gdy UB doszło do wniosku, że inwigilacja nie przyniesie im korzyści. Wtedy los generała był już przesądzony. Zadecydowali o tym Rosjanie, którzy go nienawidzili za dowodzenie antysowiecką organizacją NIE. Chcieli zniszczyć ludzi, którzy symbolizowali dawną Polskę i Armię Krajową - bo symbole uważali za groźne.

Czy ewentualna wcześniejsza ucieczka generała wraz z rodziną na Zachód nie byłaby lepszym rozwiązaniem niż decyzja o pozostaniu w kraju?

Na pewno ratowałaby mu życie, zakładając, że nie wpadliby na granicy. Łącznicy Pileckiego często wpadali. Ale Fieldorf nie chciał uciekać, uważał to za niegodne. Nie chciał uciekać, gdy jego byli podwładni walczyli w lasach lub siedzieli w więzieniach. "Nil" walki nie pochwalał, uważał ją za wręcz samobójczą - mówi o tym scena z adiutantem.

Podziemie nie prowadziło zasadniczo na terenie dużych miast żadnych akcji odwetowych.

Rotmistrz Pilecki opowiadał się za walką i gromadził broń, prowadził działalność wywiadowczą. W czasie procesu zarzucono mu przygotowywanie zamachu na wysokich funkcjonariuszy komunistycznego aparatu. Prawdopodobieństwo, że była to prowokacja UB, było wysokie. Zarzut przygotowywania morderstwa musiał robić wielkie propagandowe wrażenie. Fieldorf był pragmatykiem i nie mógł tego pochwalać.

Czy doszło do spotkania Fieldorfa i Pileckiego?

Nie sądzę. Nie było w czasie wojny punktów stycznych. Warto jednak wspomnieć, że łączniczka Wierzbicka wyszła za mąż za sędziego Hryckowiana. Był to ten sędzia, który skazał rotmistrza Pileckiego na karę śmierci. Wymyśliłem w scenariuszu taką scenę, w której dochodzi do spotkania Fieldorfa i Hryckowiana, ale ostatecznie nie znalazła się ona w filmie. Zbytnio rozszerzałaby fabułę.

W pamięć zapada rola Olgierda Łukaszewicza. Czy od początku myślał Pan o nim?

Długo szukałem odpowiedniego kandydata. Potrzebny był aktor o szlachetnej urodzie. Kluczowy był przedwojenny etos oficera, człowieka pełnego godności i dbającego o swój wygląd. Olgierd przykuł moją uwagę. Jego twarz zapada w pamięć - nikt inny nie mógłby go zastąpić.

Czy nie obawiał się Pan, że Adam Woronowicz w roli komunistycznego sędziego będzie nadmiernie kontrastował z rolą księdza Popiełuszki?

Nie zastanawiałem się nad tym. Ale rola sędziego Andrejewa jest szczególna. To postać bardzo negatywna, lecz pokazanie jednowymiarowego, czarnego charakteru na ekranie jest mało ciekawe. Woronowicz gwarantował pewną ambiwalencję. Andrejew był rodzajem sprostytuowanego inteligenta, który swoją sprzedajność potrafił w wyrafinowany sposób uzasadnić. Początkowo uważał, że nie należy skazywać Fieldorfa, bo Niemcy zostali już pokonani i, jak tłumaczył się później, myślał, że ma przed sobą Niemca. Wskazuje to na pewne wyrzuty sumienia. Sędzina Górowska, która skazała Fieldorfa na karę śmierci, nie miała do końca żadnych wątpliwości i mówiła, że dziś również postąpiłaby tak samo.

Widzowie są poruszeni scenami więziennymi.

Kluczem do oddania powojennej atmosfery było ukazanie ogromu zniszczeń i powolnej odbudowy. Najwięcej prac związanych było z rekonstrukcją wnętrz budynków, więzień - wszystko było bowiem scenografią stworzoną praktycznie od zera przez moją scenografkę Aniko Kiss. Wspaniałą, żmudną pracę wykonała pracownia Andrzeja Rychtarczyka.

Czy istnieje w Polsce baza do realizacji takich projektów?

Jeśli tacy specjaliści nie będą godnie opłacani, to odejdą. Ale problem leży gdzie indziej. W ostatnich latach rozwinęła się produkcja seriali telewizyjnych. Widzę, jak rozprzestrzenia się swoista tandeta. A na ogromnym ekranie kinowym widać każdy detal, każdy błąd jest zwielokrotniony. Zapominają o tym nawet aktorzy. Po latach gry w telenowelach nie potrafią już zmierzyć się z ambitną rolą kinową. Kino wymaga innego, głębszego psychologicznie grania. Znalezienie dobrych aktorów jest bardzo trudne. Krzysztof Łukaszewicz, mój asystent i współscenarzysta, powyszukiwał nieznanych aktorów z całej Polski, którzy nie są zmanierowani.

Czy po ogromnym sukcesie telewizyjnego spektaklu o Pileckim, obejrzanego przez miliony widzów, nie chciał Pan przenieść tego tematu na ekran kinowy?

Nie było szans. Nagrany spektakl kosztował 700 tys. zł, a są to grosze. Ekipa pracowała za półdarmo. Trzy lata temu na Festiwalu Filmów Polskich w Los Angeles reakcja widzów przeszła nasze oczekiwania. Amerykanie byli poruszeni - nigdy nie słyszeli o tej postaci. Dziwili się, że film nie jest jeszcze powszechnie pokazywany. Grający Pileckiego Marek Probosz objechał z tym filmem wiele festiwali. Wystąpiłem więc do TVP o zrobienie kopii na taśmie światłoczułej, aby można było wyświetlać ten film w kinach. W Houston w Teksasie dostałem nagrodę, ale film, ponieważ był tylko na wideo, nie został pokazany szerszej publiczności. Telewizja odpisała, że nie widzi uzasadnienia dla skopiowania go na taśmę światłoczułą.

Paradoks polega na tym, że Śmierć rotmistrza Pileckiego oglądało w telewizji kilka milionów ludzi, a Generała Nila do tej pory - tylko w kinach - ok. 300 tys. Generał Nil zostanie jednak pokazany na festiwalach, a za jakiś czas również w telewizji.

Czy powrót do Pileckiego, przy lepszych warunkach finansowych, byłby kiedyś możliwy?

Nie lubię wracać do tych samych tematów. Zrobiłem już tzw. trylogię ubecką: Przesłuchanie, Śmierć rotmistrza Pileckiego i Generała Nila. Łączącym elementem jest pokazanie człowieka prześladowanego przez UB w latach 50.

"Przesłuchanie" jest postrzegane jako najbardziej antykomunistyczny film polskiej kinematografii. Czy wierzył Pan, że cenzura puści taki film?

Chciałem zrobić film o indoktrynacji i o policji politycznej. Chciałem się oprzeć na książce Artura Koestlera Ciemność w południe. Wraz z nastaniem Solidarności w 1980 r. wszystko wydawało się możliwe. Zastanowiłem się równocześnie, dlaczego miałbym robić film o rosyjskim komuniście, gdy trzeba opowiedzieć o Polaku. Tak zrodził się pomysł Przesłuchania. W tym krótkim, entuzjastycznym okresie udało mi się nakręcić zdjęcia. Po ostatnich scenach zaczął się stan wojenny.

Nie myślałem o zrobieniu filmu programowo antykomunistycznego, chociaż jestem antykomunistą, tak jak zresztą cała moja rodzina od pokoleń. Chciałem raczej pokazać walkę dumnej idei z pozorną bezideowością. Idea komunistyczna, podbudowana teoriami Marksa i Engelsa, zderza się w Przesłuchaniu ze światopoglądem zwykłego, szarego człowieka, który ma poczucie trywialnej przyzwoitości. I tu się okazuje, że system jest w tym starciu bezsilny. Człowieka można rozdeptać na miazgę, ale co z tego? Umrze przekonany, że to on miał rację. A władzom komunistycznym chodziło o to, by jednak przekonać społeczeństwo, by je zmienić. Oficer śledczy jest zdumiony odpornością Toni na argumenty o szczęściu przyszłych pokoleń. Ona trzyma się prostych zasad: coś jest uczciwe lub nie, przyzwoite lub nieprzyzwoite, przyjaciół się nie zdradza. Tonia, co wyraźnie pokazuję, jest niewierząca. Gdyby była katoliczką, mielibyśmy konfrontację dwóch ideologii, a ja chciałem pokazać wyższość etyki indywidualnej nad wszelką ideologią. Według zasad etyki niezależnej profesora Tadeusza Kotarbińskiego Tonia jest "opiekunem spolegliwym".

Młodzież świetnie reaguje na Pana filmy.

Po 20 latach kapitalizmu brakuje wyższych celów. Trochę nasyciliśmy się dostatkiem, samochodami, podróżami - te potrzeby są zaspokajane. Ale szczególnie młody człowiek szuka wzorców do naśladowania. Skąd ma je brać? Komunistyczni "bohaterowie" okazali się żałośni, odrażający - choćby donosiciel Pawka Morozow, którego pomniki stoją do dziś, jak Rosja długa i szeroka. A prawdziwych bohaterów, którzy oddali życie za niepodległość Polski, młodzież nie zna. Szkoła o nich nie uczy. Staram się zatem wypełniać tę lukę.

Panu udało się przybliżyć dwóch bohaterów.

Pilecki i Fieldorf bardzo się różnili. Pilecki był człowiekiem głęboko wierzącym. Czytał O naśladowaniu Chrystusa Tomasza z Kempis - średniowieczny podręcznik ascezy - i w swoim życiu tak postępował. Dobrowolne pójście do Oświęcimia z zamiarem zorganizowania tam ruchu oporu było czystym poświęceniem. Pilecki był człowiekiem czynu i od młodości działał społecznie. Zawsze gotowy był do poświęcenia życia dla wyższych ideałów. A pamiętajmy, że po wojnie mógł się uratować - nie zdecydował się jednak na powrót do Włoch. Natomiast na temat religijności Fieldorfa nie ma żadnych danych. W filmie mamy dialog z rabinem w celi, który też nie daje nam jednoznacznych odpowiedzi.

Przez lata pracował Pan w Kanadzie. Czym różni się praca reżysera na Zachodzie od pracy w Polsce?

Robiłem tam początkowo kilka seriali telewizyjnych: Twilight Zone i Alfred Hitchcock Presents. Miałem okazję zmierzenia się z amerykańskim profesjonalizmem i nie mam się czego wstydzić, bo moje filmy się spodobały. Nie miałem jednak temperamentu, aby robić to na stałe. Zrealizowałem też w Kanadzie film kinowy Clearcut, który przez politycznie poprawnych kanadyjskich krytyków nie został dobrze przyjęty. Zarzucono mi, że szkaluję współczesnych Indian, że przedstawiam ich jako ludzi gwałtownych i okrutnych. Filmu po prostu nie zrozumieli - postać Indianina Artura jest całkowicie nierealistyczna, jest "tricksterem" z indiańskiej mitologii. Indianie byli tym filmem zachwyceni. Gdy realizowałem film dokumentalny w rezerwacie Wounded Knee w Dakocie Południowej, a Indianie dowiedzieli się, że jestem reżyserem Clearcut, od razu stałem się ich przyjacielem. Byłem też niedawno w Arizonie. I tam miejscowi Indianie wyrazili mi swój podziw i uznanie.

W Ameryce imponuje fachowość filmowców, natomiast trudno znaleźć ludzi, którzy wkładają w film całe serce. Od reżysera i operatora oczekuje się przede wszystkim sprawnej, prawie rzemieślniczej roboty. W Europie film traktuje się często jako hobby, w które wkłada się pasję. Nasze krawcowe szyły kostiumy do Śmierci rotmistrza Pileckiego za półdarmo - robiły to z miłości do tytułowej postaci - takiej sytuacji nie wyobrażam sobie w Ameryce.

Nad czym Pan teraz pracuje?

Mam kilka różnych scenariuszy. Najbliższy projekt to musical Cisi i gęgacze - historia o satyryku Januszu Szpotańskim, który przesiedział trzy lata w więzieniu za poemat krytykujący Władysława Gomułkę. To ma być telewizyjna tragikomedia, która pewnie przyciągnie wielu widzów. Ale jeszcze nie wiem, czy ten musical zostanie zrealizowany - TVP S.A. nie chce dać mi dość pieniędzy na produkcję - tłumaczy to trudnościami finansowymi. Myślę, że kryją się za tym poważniejsze, merytoryczne powody.

Dziękuję za rozmowę.

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc