Kazimierz Sabbat (z prawej) z Bohdanem Wendorffem, szefem Kancelarii Cywilnej Prezydenta RP na uchodźstwie. Londyński "Zamek", 1988 r.
19 lipca 1989 r. na chodniku dobrze sobie znanej ulicy Londynu, w drodze do domu zmarł na zawał Kazimierz Sabbat - piąty z kolei prezydent RP na uchodźstwie i dziewiąty od odzyskania niepodległości w 1918 r.
Lato tego roku było wyjątkowo upalne. Zdrowie nie służyło mu od pewnego czasu, był zmęczony niedawną wizytą w USA. Jednym z jego ostatnich rozmówców był starający się o objęcie stanowiska dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Piotr Mroczyk. Z Warszawy tego dnia nadeszła wiadomość o tym, że większością 1 głosu wybrano na prezydenta generała w ciemnych okularach.
DLA ANTYJAŁTAŃSKIEJ EMIGRACJI, do której należał Sabbat i większości żołnierskiego pokolenia II wojny światowej, wybór nie był zupełnym zaskoczeniem. Wyczytywano go między wierszami kompromisowych ustaleń okrągłego stołu, na które przystała Solidarność przy Lechu Wałęsie oraz aparat partii i bezpieki z gen. Czesławem Kiszczakiem. Nie zmienia to faktu, iż wybór Wojciecha Jaruzelskiego i jeszcze bardziej sposób, w jaki go dokonano, musiał się starym żołnierzom wydać profanacją. Za jedynego legalnego uważali prezydenta RP na uchodźstwie w Londynie, sprawującego urząd na mocy konstytucji kwietniowej z 1935 r., a w żadnym razie nie prezydenta PRL zaprzysiężonego na stalinowską konstytucję z 1952 r.
76-letni Sabbat umarł u progu nowych czasów po obradach okrągłego stołu, ale przed pierwszymi po II wojnie światowej demokratycznymi wyborami, które wśród krajów Europy Środkowej odbyły się w Polsce na samym końcu. Sabbat nie potępiał okrągłego stołu, ale nie miał złudzeń: "Jakiekolwiek będą wyniki okrągłego stołu, nie przyniosą spełnienia tych celów, o które walczyła i walczy emigracja i o które walczy Kraj... Nie potępiamy tych, którzy szukają porozumienia z władzą jako metody, bo i oni jako cel dalszy widzą wolność Polski" - powiedział w jednym z ostatnich przemówień. Zauważał zarazem, iż delegacja Solidarności przy okrągłym stole nie była reprezentatywna dla całej antykomunistycznej opozycji.
GŁOSOWANIE W POŁĄCZONYCH IZBACH SEJMU I SENATU nad jedynym kandydatem miało swoją humorystyczną stronę: 7 posłów Solidarności (Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego), w tym profesor prawa i marszałek Senatu Andrzej Stelmachowski oraz znany działacz Klubów Inteligencji Katolickiej Andrzej Wielowieyski wrzuciło kartki nieważne. Jaruzelski potrzebował 270 głosów i tyle ich dostał. Musiało to być dla niego upokarzające, tym bardziej że jego wybór nie był do końca pewny; 11 posłów obozu rządowego głosowało przeciw niemu, a 11 posłów OKP nie przyszło na głosowanie. Gdyby nie uniki posłów OKP, demonstracyjnie oddających nieważny głos, generał by przepadł. Ale ponieważ go wybrano, to faktycznie stał się wyborem Solidarności.
Z gratulacjami dla Jaruzelskiego jako pierwszy pospieszył przewodniczący Solidarności Lech Wałęsa. Wyrażał nadzieję, iż "wykorzysta swe stanowisko do kontynuowania i przyspieszenia reform w kraju", jakby nie wiedział, iż sens wyboru generała sprowadza się do rozpostarcia parasola nad samouwłaszczającą się partyjną nomenklaturą. W politycznej wyobraźni Wałęsę i Solidarność przebiły satelickie Stronnictwo Demokratyczne i Zjednoczone Stronnictwo Ludowe, wypowiadając PZPR sojusz i przechodząc na stronę Solidarności, co utorowało drogę powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego we wrześniu 1989 r.
Zapowiedzią nowych czasów było to, że Polskie Radio, jeszcze niedawno zaciekle zwalczające londyński ośrodek legalistyczny, nadało wiadomość o śmierci Sabbata, mimo iż po swojemu ją przeinaczyło. Mowa w niej o "polskim działaczu emigracyjnym od kwietnia 1986 r. pełniącym funkcję prezydenta RP na uchodźstwie tzw. rządu londyńskiego, który od końca lat 40. stracił uznanie międzynarodowe, zdecydowanym przeciwniku jakichkolwiek kontaktów emigracji polskiej z krajem".
DROGA OD "ZAMKU" PRZY 43 ETON PLACE, gdzie mieściła się siedziba władz RP na uchodźstwie, do stacji metra Sloane Square mogła się Sabbatowi dłużyć. Swój początek miała w miejscowości Kopyczyńce w województwie tarnopolskim, gdzie po 17 września 1939 r. od dowódcy jednostki WOP otrzymał zgodę na przedarcie się na Węgry. Tam trafił do obozu internowania, skąd wyciągnęli go zaprzyjaźnieni przed wojną węgierscy skauci. Za zgodą miejscowych władz zorganizował obóz harcerski dla polskiej młodzieży, którą wojna rzuciła w nieznane. Harcerstwo było jego życiową pasją, współgrało z talentem do pracy wychowawczej, potrzebą działalności publicznej, umiejętnościami organizacyjnymi i naturalną zdolnością osiągania konsensu. Na Węgrzech przeżył wstrząs, obserwując pijaństwo wśród internowanych Polaków. Uodporniło go na polityczne rozczarowania.
W zapiskach osobistych pozostała po nim na pół złożona kartka z Jugosławii, której nigdy nie wysłał, a mimo to zachował. Na krótko przed Bożym Narodzeniem 1940 r. pisał do przyjaciół w Somloszollos, że nareszcie dotarł do Zagrzebia, co nie było łatwe: "Ponad sto kilometrów marszu nocnego przez wodę i błoto i areszt zbiorowy i zawody pływackie na Drawie. Ale świat jest piękny. Może właśnie dlatego. Teraz już wszystko jest łatwiej i zupełnie prosto". Przez Włochy dotarł do armii gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Był ranny w czasie odwrotu w czerwcu 1940 r. Uciekł ze szpitala i z obwiązaną głową dostał się na statek do Anglii. Przydzielony do 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka w Szkocji, od 1943 r. po awansie na podporucznika został przeniesiony do pracy w Sztabie Głównym PSZ w Londynie. Po wojnie sądził, że emigrantom najłatwiej będzie wybić się w biznesie. Założył i prowadził firmę produkcji kołder, by utrzymać rodzinę i zdobyć środki na działalność społeczną.
JESZCZE TEGO SAMEGO DNIA 19 lipca 1989 r. w londyńskim "Zamku" zaprzysiężono, wyznaczonego przez Sabbata na następcę - Ryszarda Kaczorowskiego, wypróbowanego przyjaciela z harcerstwa, choć w odróżnieniu od niego nie będącego politykiem. Uprawnienie do mianowania następcy, gdy nie było można przeprowadzić wyborów, dawała urzędującemu prezydentowi konstytucja z 1935 r. W przekonaniu żołnierskiego wychodźstwa i jego politycznych przedstawicieli dokument nie stracił mocy obowiązującej i był dowodem, iż komuniści nie mieli prawnej legitymacji do rządzenia Polską. Sabbat, długoletni premier rządu RP na uchodźstwie (1979-86), wcześniej przewodniczący egzekutywy Zjednoczenia Narodowego (1967-72), związany z ponadpartyjną Niezależną Grupą Społeczną, był wyznaczony przez swego poprzednika Edwarda Raczyńskiego i objął urząd prezydenta w 1986 r.
MISJĄ LONDYŃSKIEGO OŚRODKA NIEPODLEGŁOŚCIOWEGO było niedopuszczenie, by Zachód o Polsce zapomniał, przechowanie prawno-konstytucyjnych symboli niepodległej II RP (pieczęci kancelarii cywilnej prezydenta RP, prezydenckiego sztandaru II RP, oryginału konstytucji kwietniowej, pieczęci Orderu Orła Białego i Orderu Polonia Restituta) i przekazanie ich demokratycznie wybranym przedstawicielom narodu. Wybór Jaruzelskiego na prezydenta sugerował politycznym emigrantom, iż posłowie Solidarności, a przynajmniej ich część, nie ceni sobie insygniów prezydenckiej władzy II RP, nie chce do niej nawiązywać, a za to czuje się związana ustaleniami okrągłego stołu.
Londyński ośrodek legalistyczny przy każdej okazji podkreślał, iż wybór rządu w Polsce jest sprawą samych Polaków, a rola władz na uchodźstwie skończy się z chwilą, gdy Polacy odzyskają możliwość wyłonienia demokratycznego rządu. W tle tych działań i rachub była nadzieja, że wolny kraj przyzna się do dorobku emigracji politycznej, nawiąże do niepodległościowej tradycji, struktur państwowych II RP i przejmie od nich nie tylko wojenne pamiątki, ale prawny tytuł rządzenia.
PRZECHOWYWANE W LONDYNIE insygnia, wraz z nostalgicznym bagażem pamięci o wolnej Polsce, otrzymał Lech Wałęsa w Sali Balowej warszawskiego Zamku w dniu zaprzysiężenia go na urzędzie prezydenckim 22 XII 1990. Wałęsa zwyciężył w drugiej turze pierwszych po II wojnie światowej bezpośrednich, demokratycznych wyborach prezydenckich, ale nie złożył ślubowania według tekstu konstytucji z 1935 r., lecz, jak Jaruzelski, na wciąż obowiązującą konstytucję z 1952 r. Powrót insygniów miał dla Wałęsy sens symboliczny, nie oznaczał przywrócenia konstytucji kwietniowej, a tym samym nie podważał legitymizacji stalinowskiej, która ostatecznie przestała obowiązywać w 1997 r., gdy premierem był postkomunista Włodzimierz Cimoszewicz, a prezydentem postkomunista Aleksander Kwaśniewski.
Inaczej powrót insygniów do Polski wyobrażał sobie Sabbat: "Rząd na Uchodźstwie jest traktowany jako wyraz suwerenności narodu będący prawną kontynuacją rządu II RP. Przekazanie symbolów tej suwerenności nastąpi po utworzeniu w kraju rzeczywiście niezależnego rządu jako efektu wolnych wyborów". Zgodnie z tym rozumowaniem odbiorcą insygniów II RP powinien być rząd Jana Olszewskiego. Wyłoniony w pierwszych wolnych wyborach jesienią 1991 r., utrzymał się niespełna kilka miesięcy, zwalczany i obalony przez Wałęsę przy próbie rozliczenia tajnych współpracowników systemu komunistycznego czynnych w życiu publicznym.
GODZĄC SIĘ NA PRZEKAZANIE INSYGNIÓW WAŁĘSIE, w razie jego wyborczego zwycięstwa, emigracja londyńska stanęła po jego stronie w wyborach prezydenckich, co zrobiłaby tak czy inaczej z przekonania, sentymentu i zastrzeżeń wobec jego kontrkandydata w drugiej turze, który pojawił się nie wiadomo skąd - Stana Tymińskiego. Możliwym wytłumaczeniem pośpiechu z przekazaniem insygniów, bez czekania na rozpisanie i wynik wolnych wyborów do Sejmu, było to, iż obawiano się komplikacji ze strony prezydenta-samozwańca Juliusza Nowiny Sokolnickiego, który od lat podkopywał i parodiował londyński ośrodek legalistyczny.
Utrzymujący się głównie ze sprzedaży orderów i groteskowych nominacji, Sokolnicki uaktywnił się w Polsce w latach 80. m.in. w kręgach kościelnych. Lech Wałęsa przyjął od niego odznaczenia w 1986 r. i 1989 r. W sierpniu 1990 r. Sokolnicki miał przesłać na ręce prezesa Trybunału Konstytucyjnego tzw. akt przekazania suwerennej władzy, naznaczając w nim swym konstytucyjnym następcą tego, kto wygra wybory prezydenckie w kraju. Prezes TK miał przekazać "ofertę" marszałkowi Senatu Stelmachowskiemu, który obok przewodniczącego Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie Zdzisława Najdera prowadził rozmowy z Kaczorowskim na temat powrotu insygniów. Najder przekonywał, iż przekazanie ich prezydentowi Wałęsie nie będzie związane z żadnym politycznym układem, jak w przypadku Sejmu.
POPRZEDNICY KACZOROWSKIEGO: RACZYŃSKI I SABBAT postawili sprawowany przez nich urząd na bardzo wysokim poziomie. Wzrosła pomoc finansowa dla niezależnych inicjatyw opozycyjnych w Polsce, wzmogło się rzecznictwo interesów kraju przy okazji pohelsińskich konferencji przeglądowych, nawiązywano kontakty z przedstawicielami demokratycznej opozycji w Polsce, podpisano umowę o przyszłej federacji z Czechosłowacją i deklarację polsko-ukraińską. Wizyty Sabbata w ośrodkach polskiej diaspory wzmacniały autorytet ośrodka londyńskiego i zasilały skarb narodowy służący finansowaniu działalności niepodległościowej i pomocy opozycji w kraju.
Władze RP na uchodźstwie były - jak je nazwała Eva Hoffman - "rządem pamięci", ale też rządem narodowej tożsamości i historycznej prawdy. Starały się nie dopuścić do tego, by sprawa polska została uznana za wewnętrzny problem sowieckiego imperium, a jałtański podział Europy się utrwalił. Wydarzenia 1989 r. przekreśliły Jałtę, ale co do dziedzictwa PRL zdania są podzielone.
W wywiadzie dla Los Angeles Times, który ukazał się w dniu jego śmierci, Sabbat zawarł swoje polityczne credo: "Kwestią jest to, czy ciągłość polskiego państwa będzie biec przez rząd RP na uchodźstwie, czy też przez komunistyczny rząd w Warszawie. Jest to kwestia ważna moralnie i politycznie, bez względu na to, czy ten [londyński] rząd będzie miał możliwość powrotu [do Polski], czy nie".
Insygnia straciły magiczny wymiar symbolu i stały się eksponatami w muzeum na warszawskim Zamku Królewskim. Dopiero w 1994 r. Wałęsa, przez swego rzecznika Andrzeja Drzycimskiego, odciął się od Sokolnickiego, uznając jego działania za nieprawomocne.
PREAMBUŁA KONSTYTUCJI III RP nawiązuje do "najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej", ale nie stwierdza wyraźnie, iż III RP jest kontynuacją II RP. Art. 126.1 Konstytucji RP mówi, iż "Prezydent RP jest najważniejszym przedstawicielem Rzeczypospolitej i ciągłości władzy państwowej". Jak jednak ta ciągłość przebiega: poprzez Jaruzelskiego do Wałęsy, czy poprzez Kaczorowskiego do Wałęsy? Powojenny podział na komitet lubelski i rząd londyński nie zabliźnił się, a metryka urodzenia III RP w części dotyczącej imion rodziców jest nieczytelna.