Władcy Polski nigdy nie pałali miłością do pismaków, jako że obu stanom (ducha) z natury ich boskich powołań nie było i nie jest po drodze.
Jest nawet gorzej, stają sobie bowiem owe namaszczenia na drodze do sławy i nieśmiertelności, co prowadzić musi do nieuniknionych konfliktów i zwiększonej śmiertelności w populacji ruszających z piórem na okopy świętej władzy. Jak łatwo się domyślić, te harce nie wychodzą na zdrowie przeważnie pisarzom i artystom. Pawła Jasienicę zaszczuł niejaki Gomułka. Witolda Gombrowicza próbował wyrzucić z lektur szkolnych niejaki Giertych. Inny minister kurtury (czytaj: kultury) chciał reanimować szczątki Józefa Czapskiego, by umówić się z nim na spotkanie. Jeszcze inny dyrygent od kultury chciał odebrać Rosjanom Czajkowskiego, nazywając go kompozytorem polskim.
Ale idzie ku lepszemu, co widać na chwalebnym przykładzie Lecha Kaczyńskiego: sięgnął do bogatej skarbnicy literatury polskiej, by wykazać Unii Europejskiej, że Polacy nie gęsi i swoją literaturę mają. Pomylił tylko księdza-poetę Jana Twardowskiego ze Zbigniewem Herbertem. Ten ostatni nigdy nie pałał miłością do władzy i, trzeba przyznać, że z wzajemnością. Przysparzał jej różnych kłopotów, a teraz mści się nawet zza grobu. Krnąbrny pan Cogito pojawił się ostatnio nieco incognito na oczytanych ustach prezydenta, i to nie byle gdzie, w jakimś Omsku czy Radomsku, a w Brukseli, w czasie konferencji prasowej, gdy prezydent powiedział w natchnieniu niemal wieszczym: "Tu nasuwa się porównanie z pewną częścią twórczości naszego wybitnego poety Herberta: trzeba kochać ludzi, bo szybko odchodzą". Prezydent przekręcił także przytoczenie, ale to małe przeoczenie w porównaniu z ważkością chwili. Ks. Twardowski napisał: "Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą", co na to samo mniej więcej wychodzi i o to właśnie chodzi, by w bogatym słowniku inwektyw i przytyków panujących nam polityków zaczęła gościć literatura mniej brukowa.
Ta przełomowa chwila zmusza mnie wszak do powrotu do Pawła Jasienicy. Oto bowiem najważniejszy polski pisarz historyczny, autor Rozważań o wojnie domowej, Polskiej anarchii, Rzeczpospolitej Obojga Narodów czy Polski Jagiellonów - by wymienić tylko kilka tytułów - podpadł towarzyszowi Wiesławowi nie za Łupaszkę, List 34 czy poparcie dla studentów w Marcu '68, a za prawdziwe swoje nazwisko: Leon Lech Beynar. I za to "wraże" nazwisko, a nie za co innego, został brutalnie pomówiony przez Gomułkę o współpracę z aparatem władzy i zaszczuty; w ślad po ataku przyszedł zakaz druku, wyrzucenie ze Związku Literatów Polskich i poczucie społecznej anatemy, czyli śmierć cywilna. Jasienica kochał tę swoją Polskę Piastów i Jagiellonów miłością szlachetną i wielką, by w końcu od jakiegoś piasta-politruka z Białobrzegów pod Krosnem, kradnącego w dzieciństwie jabłka w sadzie mego dziadka, dowiedzieć się, że jest zbrodniarzem, zdrajcą i wrogiem ludu. Pisarz ciężko przeżył ten cios, a raczej go nie przeżył, bo zmarł w dwa lata później.
Jakoś nie przypominam sobie, by po Marcu '68 polskie władze przeprosiły polskich pisarzy żydowskiego pochodzenia za zbiorowe łamanie ich piór i życiorysów, pozbawianie ich obywatelstwa polskiego i zmuszanie do opuszczenia kraju, w którym biło źródło ich pisarstwa - polszczyzna wszystkich narodów, które czują się Polakami. Ale może mam słabą pamięć, mieszkam pośród bobrów, łosi, białych niedźwiedzi tudzież kanadyjskich gęsi, i przeoczyłem ten istotny fakt w najnowszych dziejach Rzeczypospolitej - nie tyle obojga narodów, co wielu narodów, w tym i żydowskiego. Nie przypominam sobie także, by ktokolwiek zająknął się o zbiorowych przeprosinach za exodus członków Solidarności z czasów stanu wojennego. Daleko nam co prawda do biskupów niemieckich, ale chyba jest za co przepraszać kolejne fale emigracji?
Pomyłka prezydenta Kaczyńskiego przypomniała Annie S., a ona mnie, żelazny zestaw wprawek językowych, jakimi męczono dzieci w polskich szkołach czasów Gomułki i Gierka. Nie wiem, czy w czasach Kaczyńskich dzieci zmusza się do powtarzania w kółko: "Czy tata czyta cytaty Tacyta?" albo: "W czasie suszy szosa jest sucha" czy: "W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie". Myślę, że jest za to w obowiązkowym użyciu przynajmniej wprawka językowa i wyprawka, czytaj: przepustka do rzeczywistości o treści: "Stół (okrągły) z powyłamywanymi nogami".
Na przykładzie wpadki Lecha Kaczyńskiego rzec można, że nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. W Polsce Zbigniewa Herberta raczej słabo cytowano, czego nie można powiedzieć o czcigodnym księdzu Twardowskim: był na ustach wszystkich - z małymi, jak się okazuje, wyjątkami. Autor Raportu z oblężonego miasta był za to obszernie cytowany za granicą - i tak mu, jak widać, zostało...
| Komentarze: | |
Name: mniejszy | Date: 2009-07-01 13:03:51 |
uwazam, ze w kazdym kraju mniejszosc ma szanowac prawa wiekszosci... i nie starac sie zostac wiekszoscia, nie majac ku temnu zadnych podstaw... amen... | |
Name: okragle zero | Date: 2009-07-02 11:48:30 |
...powiedzial co wiedzial...stara zuzyta plyta panie mniejszy... | |
Name: zei | Date: 2009-07-04 01:34:43 |
+ Wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu, Warsawa się roziluzjonizowywuje, Siedziałą małpa na płocie i jadła słodkie łakocie , baba z wozu koniuom lżej- ale to już puenta | |
Name: zei | Date: 2009-07-04 01:38:56 |
Aha jeszcze - chrzan do chrzanu Panie Chrzanie. | |