![]() |
|
Hotaru twierdzi, że jej związek z Michaelem Ferschke był miłością od pierwszego wejrzenia
|
Od ośmiu miesięcy Hotaru Ferschke, wdowa po sierżancie Michaelu Ferschke, żołnierzu piechoty morskiej, który zginął w ubiegłym roku w Iraku, próbuje wychowywać dziecko w małym miasteczku w Tennessee. Już wkrótce może zostać jednak deportowana do Japonii.
Zgodnie z prawem imigracyjnym ich małżeństwo nie było skonsumowane, co nie pozwala Hotaru na pozostanie na stałe w USA. I to pomimo tego, że para ma ze sobą syna.
Wdowa i dziecko, Michael "Mikey" Ferschke III, przebywają w Tennessee na tymczasowych wizach, których termin upływa w styczniu. Hotaru chce, aby syn wychowywał się przy rodzinie zmarłego męża. Prawo imigracyjne nie przewiduje jednak możliwości jej pozostania w USA.
To dość niecodzienny casus prawny, który najprawdopodobniej znajdzie swój finał w Kongresie. Jeśli Kapitol zatwierdzi tzw. prywatną ustawę dotyczącą Hotaru i Michaela III, sprawa zakończy się happy endem. Jeśli do tego nie dojdzie – prawo imigracyjne pokaże po raz kolejny swoją bezduszną stronę.
MIŁOŚĆ OD PIERWSZEGO WEJRZENIA
Michael Ferschke poznał mieszkającą na Okinawie Hotaru podczas służby wojskowej na tej wyspie. Dla obojga z nich była to miłość od pierwszego wejrzenia. Para żyła ze sobą przez 13 miesięcy, czego owocem była ciąża japońskiej dziewczyny.
W kwietniu 2008 roku Michaela wysłano do Iraku. Zaledwie w dwa tygodnie później Hotaru zorientowała się, że jest w odmiennym stanie. Wtedy para zdecydowała się na zawarcie małżeństwa. W lipcu ubiegłego obie strony wzięły ślub per procura, podpisując równocześnie dokumenty na Okinawie i w Iraku. W miesiąc później Ferschke zginął podczas operacji przeszukiwania domów w tym okupowanym kraju.
I tu zaczęły się – pomijając osobistą tragedię związaną ze śmiercią żołnierza – prawne kłopoty Hotaru. Dziewczyna, szanując wolę męża, aby dziecko wychowywało się w Ameryce, blisko jego rodziny, wypełniła jako żona obywatela USA podanie o przyznanie jej prawa stałego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Te zostało odrzucone. Departament Stanu uznał bowiem, że małżeństwo nie zostało skonsumowane.
NIE BYŁO SPOTKANIA
Nie wystarczył fakt, że para mieszkała ze sobą ponad rok przed wyjazdem Michaela do Iraku. "Odmówiono jej prawa pobytu, ponieważ urzędnicy uważają, że małżeństwo nie było ważne, mimo że para miała ze sobą dziecko" – tłumaczy Brent Renison, prawnik imigracyjny z Oregonu, który doradza dotkniętej tragedią rodzinie. Dla władz amerykańskich liczyło się tylko to, że Michael i Hotaru nie spotkali się po zawarciu małżeństwa na odległość. A jest to warunek konieczny dla uznania ważności małżeństwa przez prawo imigracyjne. Tymczasem fakt zmiany stanu cywilnego sierżanta Ferschke bez żadnych zastrzeżeń uznała armia, która płaci żonie i dziecku zasiłek. Małżeństwo per procura ma w siłach zbrojnych USA ugruntowaną tradycję. W Japonii też nie stanowi problemu. Ale przepis sprzed 57 lat sprawił, że Hotaru przyznano tylko tymczasowe prawo pobytu w USA na okres roku. W tym przypadku zastosowano bowiem legislacyjne standardy wprowadzone w latach 50., które miały na celu zablokowanie oszustw imigracyjnych polegających na zawieraniu fikcyjnych małżeństw. Wspominają one o konieczności spotkania małżonków po zawarciu ślubu na odległość. Amerykańskie władze nie uznają małżeństw zawieranych per procura, jeśli do takiego spotkania nie dochodzi, mimo że dla sił zbrojnych USA związek był jak najbardziej legalny.
OSTATNIA SZANSA
W sytuacji prawnego zawieszenia pozostaje tylko jedyna furtka – specjalna "prywatna" ustawa uchwalona przez Kongres, która potwierdzi fakt uznania przez rząd USA ważności jej małżeństwa. Teściom Hotaru, Robin i Michaelowi seniorowi Ferschke, mieszkającym w małym Maryville w Apallachach, udało się zainteresować sprawą kongresmana Johna Duncana. Projekt dotarł już do komisji legislacyjnej Izby Reprezentantów. Było to możliwe, bo sprawa nabrała rozgłosu. Nakręcono nawet o niej film dokumentalny "Second Battle", który od 9 października będzie można oglądać na portalu internetowym www.intheirboots.com (prapremiera odbyła się w Maryville 24 września). To część cyklu opowiadającego o tym, w jaki sposób wojny w Iraku i Afganistanie wpłynęły na codzienne życie amerykańskich rodzin. Dziennikarze odwiedzili rodzinę w Maryville i zobaczyli, że Hotaru zdążyła już zżyć się z teściami. "Jest jak nasza własna córka" – mówi o niej Robin Ferschke.
Proces uchwalania "prywatnych" ustaw nie jest jednak prosty. "Każdego roku przez Kongres przechodzi zaledwie kilka z nich" – mówi Margaret Stock, prawniczka zajmująca się prawem imigracyjnym. Nie stanowi też kompleksowego rozwiązania problemu. A takie jest potrzebne, bo liczące ponad 50 lat przepisy nie przystają do rzeczywistości.
Teraz trwa poszukiwanie senatora, który chciałby wnieść podobny projekt ustawy w izbie wyższej. Kłopot z tym, że nawet jeśli znajdzie się poparcie, Kongres może nie zakończyć procedury legislacyjnej przed styczniem, czyli końcem legalnego pobytu młodej pani Ferschke w USA. I wtedy wraz z synem będzie musiała wyjechać na Okinawę. Mówi, że jak się nie uda, będzie chciała odwiedzać Stany przynajmniej dwa razy do roku. "Najlepiej jednak byłoby pozostać tutaj. Tęsknię za Okinawą, ale oczarował mnie ten kraj i ludzie. Jestem wzruszona serdecznością, jaką mi okazali nie tylko ludzie z sąsiedztwa, ale także z innych krajów – mówi młoda wdowa. – Teraz rozumiem, dlaczego mój mąż tak bardzo chciał tu wrócić. Będąc tutaj, każdego dnia czuję, że jestem bliżej jego".
Opr. det. Foto: archiwum rodzinne Ferschke'ów