.jpeg)
Wizyta prezydenta Obamy w Chinach potwierdziła, że od niekwestionowanej hegemonii USA zmierzamy w kierunku świata ponownie dwubiegunowego.
Chiński smok jest coraz bardziej pewny siebie, zdając sobie sprawę, że Ameryka nie jest w stanie do czegokolwiek go zmusić. Tymczasem Waszyngton ma całą litanię zażaleń wobec Pekinu, a osławione wzajemne uzależnienie gospodarek obu krajów prowadzi – jak ostrzegają ekonomiści – do pogłębiania się nierównowagi w wymianie handlowej, które na dłuższą metę szkodzi całej światowej gospodarce.
POD DYKTANDO
Wizyta odbywała się najwyraźniej pod dyktando Chińczyków. Inaczej niż przed kilkoma poprzednimi wizytami amerykańskich prezydentów, rząd chiński nie zrobił nawet gestu w postaci zwolnienia z więzienia czołowego dysydenta. Spotkania Obamy ze studentami w Szanghaju nie transmitowała na żywo krajowa telewizja chińska, a wspólna konferencja prasowa z prezydentem Hu Jintao ograniczyła się do wypowiedzi obu mężów stanu; pytań nie można było zadać. Słowem – zero spontaniczności, wszystko pod kontrolą. Wypowiedź Obamy w Szanghaju o tym, że zasady demokracji Ameryka uważa za wartości uniwersalne, można uznać za rytualne oddanie honoru obrońcom praw człowieka w USA, ponieważ nic z tego nie wynika. Wcześniej sekretarz stanu Hillary Clinton powiedziała przecież, że problem praw człowieka nie powinien “zakłócać” współpracy między obu krajami w innych sprawach, a Obama odmówił spotkania z Dalajlamą.
Zgodnie z doktryną realpolitik Henry'ego Kissingera i zaleceniami brytyjskiego historyka Nialla Fergusona, Obama postanowił ograniczyć do minimum retorykę amerykańskiego posłannictwa wolności i skupić się na dyplomacji – przekonywaniu Chińczyków, żeby stali się prawdziwymi partnerami w grze mocarstw. Konkretnie, chodzi tu o wyperswadowanie im, aby nie utrzymywali sztucznie zaniżonego kursu swojej waluty, co pogłębia deficyt w handlu z USA i utrudnia także innym krajom wychodzenie z recesji, gdyż osłabia konkurencyjność ich eksportu. Chodzi też o realną pomoc w rozwiązaniu konfliktu z Iranem i Koreą Północną, aby skłonić je do rezygnacji z broni atomowej, a przynajmniej uzyskać zapewnienia, że jeśli nie uda się tego osiągnąć – na co, niestety, wygląda – Chiny będą lojalnie współpracować w zapobieganiu proliferacji tej broni i technologii nuklearnych.
Jak na razie, Chiny nie są takim partnerem. Opierają się aprecjacji swej waluty i blokują w ONZ sankcje na Iran. W sprawie Korei bardziej obawiają się upadku stalinowskiego reżimu na północy niż jego bomb nuklearnych. Przyczyną jest tu zasadnicza różnica w filozofii polityki zagranicznej – Pekin jest z zasady przeciwny sankcjom międzynarodowym przeciw suwerennym państwom – oraz odmienne interesy. Chiny też zresztą domagają się od USA rzeczy niemożliwych, np. ostatecznego porzucenia Tajwanu, a także podniesienia stóp procentowych przez Fed, co pogłębiłoby recesję. Albo rzeczy niezmiernie trudnych, jak pohamowanie tendencji protekcjonistycznych w Kongresie, co tylko częściowo zależy od prezydenta. Dlatego Obama nic istotnego w Chinach nie załatwił. Nie można zresztą było tego oczekiwać – wizyta była tylko otwarciem nowego rozdziału we wzajemnych stosunkach.
KIEDY PARTNERSTWO?
Niektórzy amerykańscy eksperci uważają optymistycznie, że chińscy przywódcy “nie są jeszcze zainteresowani” wejściem do polityki globalnego partnerstwa, gdyż rozumują kategoriami kraju rozwijającego się, który jest dopiero na dorobku. Zakładają więc, że z czasem Chiny zostaną takim partnerem. Jednak kiedy? Można się obawiać, że nieprędko, a w każdym razie nie wtedy, kiedy pragnęliby tego Amerykanie. Prawdopodobnie dopiero wówczas, gdy osiągną nad USA strategiczną przewagę, wyprzedzając je jako potęga ekonomiczna i dorównując im militarnie.