
W obawie przed grypą nawet kibice przychodzą na mecze w maskach Foto: PAP
Epidemia grypy z całą surowością obnażyła ubożyznę ukraińskich szpitali, niezamożność społeczeństwa i brak wizji u rządzących.
Trwająca już kilka tygodni epidemia pokazuje, że Ukraińcy są w stanie każdą sytuację wykorzystać, a przynajmniej próbować, w celach politycznych. Nie wiadomo tylko, czy cecha ta dodaje im chluby, czy na odwrót?
24 października na kijowskim placu Niepodległości ponad 100 tysięcy ludzi brało udział w inauguracji kampanii prezydenckiej Julii Tymoszenko. Teraz jej oponent prezydent Wiktor Juszczenko mówi, że w Tarnopolu i innych regionach zachodniej Ukrainy już 20 października ogłoszono stan epidemii, a na Majdan – jak to ujął Juszczenko – "zwieziono" tysiące ludzi z zachodniej części kraju. "To przestępstwo, którym powinien się zająć prokurator".
STAN EPIDEMII
Tydzień po inauguracji, gdy zmarła 30 ofiara grypy, rząd Tymoszenko oficjalnie ogłosił stan epidemii w 9 zachodnioukraińskich obwodach i zakazał m.in. masowych imprez. Tym samym od 30 października kampanią prezydencką w praktyce może się zajmować tylko premier Tymoszenko, która w telewizji uczy, jak walczyć z grypą, jeździ do zagrożonych regionów etc. Taką możliwość, jako szef państwa, ma też Wiktor Juszczenko, no i ewentualnie Wołodymyr Łytwyn (jako przewodniczący parlamentu). Reszta praktycznie nie prowadzi kampanii i coraz bardziej się denerwuje, albowiem czas mija. Z drugiej strony, jak tu zajmować się wyborami, gdy każdy myśli tylko o tym, jak uniknąć zetknięcia z groźnym wirusem?
Przy okazji okazało się, że ukraińscy politycy, którzy lubią jeździć najdroższymi samochodami i ubierać się w Paryżu, mają w swoim kraju najuboższe na świecie szpitale. Mało tego, stało się jasne, że rząd, mimo ostrzeżeń WHO, w ogóle nie "planował" nadejścia grypy. Już 30 października, a więc w dniu, gdy pani premier ostrzegła ludzi, że jest bardzo źle, z aptek zniknęły maski ochronne, a także leki, które ludzie kupują zawsze, gdy obawiają się grypy. Rząd Tymoszenko z jednej więc strony nastraszył ludzi, a z drugiej nie dał im żadnej możliwości obrony, albowiem nawet obiecane maseczki dotąd nie pojawiły się w sprzedaży. Czy można się dziwić, że wielu Ukraińców wpada w stan paniki? "Najmniejszy nieoczekiwany problem i nasze państwo już na kolanach, jak po Czarnobylu" – skwitowała sytuację jedna z klientek w aptece.
Epidemia grypy rzeczywiście w sposób karykaturalny obnażyła płytkość i krótkowzroczność ukraińskich elit politycznych, elit, które uwielbiają nie tylko pławić się w przepychu, ale na dodatek okazywać to całemu światu. Teraz, gdy liczba ofiar zbliżyła się do 100, premier Tymoszenko poradziła ludziom, aby jedli czosnek i cebulę, bo to "wypróbowana ludowa medycyna". Ludzie jednak wiedzą, że politycy, jak w czasach sowieckich, mają swoje elitarne szpitale, z pewnością nie tak ubogie jak te, w których muszą się leczyć wszyscy inni.
ODWLEC UWAGĘ
Były szef dyplomacji i parlamentu, a teraz kandydat na prezydenta Arsenij Jaceniuk jest przekonany, że rząd specjalnie nakręca sytuację do absurdu, wzmaga panikę, aby odwlec społeczeństwo od problemów, które prześladują Blok Tymoszenko (skandal z pedofilami i inne) i państwo (brak pieniędzy w kasie), a potem Julia Tymoszenko zostanie okrzyknięta pogromczynią grypy i w styczniu spokojnie wygra wybory. Nie wiadomo, czy Jaceniuk ma rację, ale coś w tym może być, albowiem w szczytowym momencie epidemii grypy premier Tymoszenko obwieściła, że Ukraina może być zaatakowana także przez wirus ptasiej grypy, więc "wszyscy mają być zwarci i gotowi".
Ile jest w tym wszystkim polityki, a ile przypadkowych skojarzeń, ile zwykłej bezmyślności rządzących – trudno jednoznacznie ocenić. Niewątpliwie natomiast epidemia będzie miała wpływ na wynik wyborczy i w tym sensie już nabyła solidnego politycznego kontekstu. Nie jest tylko do końca pewne, któremu kandydatowi pomoże, a któremu zaszkodzi.