Niedawno pewien czytelnik powiedział mi, że skoro teraz sprawuję funkcję redaktora naczelnego, powinienem zmienić ton. Lubi czytać moje ironiczno-dowcipne felietony, ale uważa, że nowa funkcja narzuca powagę. Słowem, że zamiast felietonów, mam pisać tylko edytoriały.
A co to jest edytoriał?
W języku polskim chyba w ogóle nie ma takiego słowa, ale i tak go używamy. Oznacza mniej więcej: stanowisko redakcji, wypowiadane ustami wysokiego rangą jej redaktora, na jakiś temat. Czasem takie krótkie komentarze nie są w ogóle podpisywane; może ich autorem jest szef, a może ktoś pisał w jego imieniu, a może redagował to cały zespół?
W naszym przypadku zastępujemy nazwiska inicjałami. Skoro znany jest autor, są to też oczywiście jego poglądy, choćby nie wiem jak się starał zachować dystans.
O czym ma być edytoriał? Czasem jego temat jest oczywisty, obowiązkowy: zbliża się Boże Narodzenie albo Nowy Rok, właśnie podpisano jakiś ważny traktat, zakończyła się wojna. Ale nie zawsze coś przełomowego się dzieje. Skoro nie, autor opisuje jakieś zjawisko, jakiś proces dziejący się w świecie, próbuje rzeczy tłumaczyć.
Jak z tego wynika, ciągle dokładnie nie wiadomo, czym jest edytoriał, zwłaszcza w małej gazecie, gdzie nie ma ludzi desygnowanych do pisania tylko tego typu tekstów.
Ja jednak widzę pewną wspólną ich cechę: odpowiedzialność za słowo. Nie napuszoność, ale solenność. Nie zarozumiałość, ale powagę.
Chyba w ogóle była to zawsze najlepsza cecha "Nowego Dziennika", kultywowana odkąd tam jestem, a jestem już kilkanaście lat. Tą cechą jest powściągliwość. Umiar w krytyce, dystans do spraw. Kiedyś był potrzebny, gdy przyglądano się PRL-owi. Potem – gdy już w wolnej Polsce toczyły się bardzo gorączkowe potyczki. Ta powściągliwość uratowała "Nowy Dziennik" przed wmieszaniem się w polonijne spory, procesy sądowe, niefortunne sojusze.
Wiele razy przywoływałem już w tym miejscu pamięć red. Bolesława Wierzbiańskiego, który odznaczał się takim olimpijskim dystansem. Chciałoby się iść w jego ślady, ale... czy zawsze będziemy tego chcieli? Istnieje przecież sprzeczność między dystansowaniem się od spraw np. Polonii a angażowaniem w jej sprawy. Jak otwierać się na nią, a zarazem nie zajmować nigdy stanowiska? Jak pisać o jej problemach i słabościach, a jednocześnie nigdy jej nie urazić?
Piątkowe edytoriały będą teraz przypominały balansowanie na linie. W dodatku, na dole, na estradzie cyrku, będą czekały rozsierdzone, głodne, polonijne lwy.
Niemniej, będziemy próbowali takiego nowego, bardziej bezpośredniego, więc i ryzykownego dialogu z Polonią. Zobaczymy, czy się ona da w rozmowę wciągnąć i czy się czasem nie obrazi. Ale zaryzykujemy. Zobaczymy, czy szczerość popłaca.