Opublikowane w piątek dane z rynku pracy są alarmujące. Stopa bezrobocia w Stanach Zjednoczonych wzrosła do 10,2 procent. To najwyższy poziom od ponad 26 lat.
W październiku w USA ubyło 190 tysięcy miejsc pracy w sektorach pozarolniczych. Po uwzględnieniu tych, którzy przystali na pracę w niepełnym wymiarze godzin, i tych, którzy w ogóle przestali szukać pracy, wskaźnik bezrobocia w USA wyniósłby 17,5 proc.
Dane z rynku pracy mogą szokować, zwłaszcza w kontekście innych danych makroekonomicznych, z których wynika, iż gospodarka zaczęła wydobywać się z recesji. W trzecim kwartale odnotowano w USA pozytywny wzrost PKB. Był to co prawda przede wszystkim efekt pompowania w ekonomię pieniędzy pożyczonych od przyszłych pokoleń w ramach pakietu stymulacyjnego, ale także inne wskaźniki zaczęły wyglądać bardziej optymistycznie. Eksperci jednak zgodnie twierdzą, że na przesilenie na rynku pracy trzeba będzie jeszcze poczekać przynajmniej kilka miesięcy.
O powrót do stanu sprzed kryzysu nie będzie łatwo. Od początku recesji w grudniu 2007 roku pracę w Stanach Zjednoczonych straciło 7 milionów 300 tysięcy osób, a stopa bezrobocia wzrosła o 5,3 procent. W tej chwili bez pracy w USA pozostaje 15,7 mln osób. Każda z nich ma do opowiedzenia własną, często dramatyczną historię. To miliony rodzin, którym pozostały do przeżycia tylko oszczędności i zasiłki dla bezrobotnych.
Obecny kryzys zmienia oblicze Ameryki. Dotknął przede wszystkim mężczyzn – aż trzy czwarte zlikwidowanych miejsc pracy to etaty zajmowane przez przedstawicieli płci brzydkiej. Coraz częściej ciężar utrzymania rodzin przejmują na siebie kobiety. Odbija się to negatywnie na dochodach, bo w USA zarabiają one wciąż porównywalnie mniej niż panowie – około 77 centów na każdego "męskiego" dolara.
Oficjalna stopa bezrobocia może wzrosnąć do 10,5 proc. w przyszłym roku, ponieważ pracodawcy nadal niechętnie przyjmują nowych pracowników. Tu jednak zaczęły pojawiać się pewne oznaki przesilenia. W październiku odnotowano znaczący wzrost wydajności pracowników. W przełożeniu na język potoczny oznacza to, że pracodawcy wyciskają ze swoich podwładnych przysłowiowe siódme poty. Ponieważ w przedsiębiorstwach drastycznie ograniczono zatrudnienie, trudno sobie jednak wyobrazić dalsze zwiększanie wydajności w sytuacji ożywiania się gospodarki. Prędzej czy później trzeba więc będzie zacząć zatrudniać z powrotem ludzi w firmach zwiększających powoli produkcję lub sprzedaż. Już teraz gospodarka traci dużo mniej miejsc pracy niż na początku roku, a do urzędów pracy zgłasza się coraz mniej nowych bezrobotnych. To pierwsze, choć bardzo odległe światełko w tunelu.