Wieczór w konsulacie

Autor: JL
2009-10-30

– Będziesz dzisiaj w konsulacie? – Oczywiście!
Ileż już słyszałem takich rozmów...
Konsulat Generalny RP w Nowym Jorku jest czymś dużo więcej niż biurem załatwiającym różne sprawy polskim obywatelom przebywającym w USA. Niestety nie zawsze to doceniamy.

Z racji obowiązków zawodowych – a także z ciekawości oraz łakomstwa – odwiedzam konsulaty, misje przy ONZ, instytuty kultury i informacji różnych krajów. Nie jestem w stanie śledzić dzień po dniu ich działalności, niemniej generalne wrażenie odnoszę takie: w tych placówkach niewiele albo nic się nie dzieje. Konsulaty zajęte są wbijaniem pieczątek i interwencjami w sprawach prawnych. Czasem, wieczorem, odbywa się w ich murach jakieś dyplomatyczne przyjęcie. Nie znam jednak takiego konsulatu jak nasz przy Madison Avenue, w którym praktycznie co tydzień, a bywa, że kilka razy w tygodniu, odbywałyby się koncerty, wystawy, spotkania i przyjęcia. Niewiele znam też zagranicznych placówek posiadających tak piękną siedzibę.
Polacy tłumnie na te imprezy przychodzą. Nie płacąc za wstęp, słuchają muzyki w na ogół dobrym wykonaniu, po czym jeszcze mogą coś przekąsić i wypić wino.
Polacy nie byliby jednak sobą, gdyby nie narzekali. Najczęściej psioczą na funkcjonowanie urzędu: że za długo się czeka w kolejce, że jakiś urzędnik był niemiły, że nie można się dodzwonić. Myślę, że nie działa on gorzej niż inne biura (a dodzwonić się w naszych czasach nie można już do żadnej firmy i instytucji). Dziś jednak interesuje mnie ten dodatkowy w sumie aspekt działalności konsulatu, który przerodził się de facto w ośrodek kultury polskiej w Nowym Jorku, a także miejsce spotkań towarzyskich polonijnej elity.
Konsulat Generalny coraz bardziej otwiera się na Amerykanów; korzysta ze swoich kontaktów, żeby ich zaprosić, dużą grupę swoich amerykańskich przyjaciół czy ważnych ludzi z branży ściągają sami polscy artyści. Ale my oczywiście narzekamy: że fortepian brzmi za cicho/za głośno, że klimatyzacja jest za słaba, że poczęstunek uboższy niż kiedyś.
Część klienteli (jak i zresztą czytelników "Nowego Dziennika") stanowią ludzie, którzy do końca nie odnajdują się w Ameryce, czują się więc obco na niepolskich imprezach kulturalnych. Często to oni, nie wiedząc, co robić ze sobą w Nowym Jorku (!), chodzą z nawyku do konsulatu. Tyleż co na posłuchaniu skrzypaczki czy obejrzeniu fotogramów zależy im, aby spotkać się w swoim gronie. Nieprzystosowani? A może po prostu – sentymentalni?
Nie narzekajmy więc za często na konsulat. Jeśli decydenci w Warszawie zdecydują kiedyś, by ograniczyć jego funkcję do czynności biurowych, zobaczymy wtedy, co straciliśmy.