Bookmark and Share

Co jest do wygrania?

Autor: CK
2009-10-27

Minister obrony narodowej RP Bogdan Klich, który już kilkakrotnie popełniał gafy niekompetencji, tym razem zarzucił brak doświadczenia nowemu ambasadorowi USA w Polsce.

Kontrowersję wywołały słowa ambasadora Lee Feinsteina, który powiedział, iż Polska zadeklarowała nawet zwiększenie kontyngentu swych wojsk w Afganistanie, na co gwałtownie zaprotestowały władze polskie.
Strona amerykańska milczy, strona polska tradycyjnie już podniosła wrzawę medialną. Na pewno toczyły się jednak w tej sprawie jakieś rozmowy, choćby przy okazji wizyty wiceprezydenta Josepha Bidena, który przywiózł ofertę "lekkiej tarczy" – zmodyfikowanego projektu elementów "wojen gwiezdnych".
W czasie tej podróży wiceprezydent Stanów Zjednoczonych zobowiązał się w imieniu swego kraju do gotowości do obrony regionu. Polacy odczytali jego słowa zgodnie z własnymi intencjami, jako obronę przed ewentualnym zagrożeniem ze strony Rosji. W końcu w całej sprawie tarczy antyrakietowej o to stronie polskiej szło. Dla Amerykanów był to jeden z szeregu czynników w wielkim dziele parasola ochronnego, broniącego przede wszystkim USA, a w przyszłości całego Zachodu przed niespodziewanym atakiem nuklearnym.
Joseph Biden przyjechał do Polski, aby naprawić dyplomatyczny nietakt ze strony prezydenta Obamy. Nie tyle sama rezygnacja z projektu (o czym już było wiadomo od miesięcy), ile forma, w jakiej zawiadomiono Polskę o decyzji administracji, była wysoce niewłaściwa. I właśnie cały ów kontekst sprawia, iż wylewne deklaracje wiceprezydenta Bidena należy brać trzeźwo. Celem jego wizyty było zatarcie nieprzyjemnego wrażenia, nie zaś renegocjowanie wzajemnych militarnych stosunków.
Wydaje się bardzo prawdopodobne, iż w ferworze gorących zapewnień o obopólnym poparciu strona polska także zadeklarowała zwiększenie udziału w misji afgańskiej. Wątpliwe bowiem, aby ambasador całkowicie zmyślił przytoczoną przez siebie wypowiedź, zapewne zaś tylko "wyjął ją z kontekstu".
Kontrowersja nabrała siły, jakby Polacy pragnęli traktować swój udział w wojnie w Afganistanie jako kartę przetargową w rozmowach bezpieczeństwa z Waszyngtonem. Jeśli taka jest intencja polskich władz, to bardzo dobrze. Należy pamiętać, że deklaracje Josepha Bidena mogą nabrać treści, jeśli wywierać się będzie stały nacisk na administrację Waszyngtonu i domagać rozliczenia z obietnic wiceprezydenta złożonych w Warszawie. Do tego jednak potrzebna będzie dyplomatyczna, jak i medialna ciągła akcja przypominania władzom USA i członkom Kongresu (także opozycji) o zobowiązaniach.
O ile nie ma wątpliwości, że polscy dyplomaci wywiążą się z tego zadania dobrze, o tyle potrzebna będzie równie silna akcja lobbingowa – bombardowania kongresmanów, senatorów, prasy w USA w tej sprawie. Ale takim narzędziem Warszawa nie dysponuje.

Wiadomość*:

Dodaj komentarz:

Podpis:

Wpisz kod z obrazka powyżej:


loc