Te piątkowe edytoriały będą nietypowe. Pozostawiając redakcyjnym kolegom tradycyjną – i trudną! – formułę bieżącego komentarza politycznego, będę się skupiał na sprawach naszej gazety i jej odbiorców – Polonii. Niech będzie to zaproszenie do dyskusji nad obchodzącymi nas sprawami.
Niniejszy tekst nosił tytuł roboczy "Walczymy o zgodę Polonii". Niestety, nasuwał on skojarzenia z żartobliwym sloganem z czasów PRL-u: "Tak długo będziemy walczyć o pokój, aż kamień na kamieniu nie pozostanie".
W rzeczy samej Polonii (w ogóle – Polaków) pogodzić nie udało się jeszcze nikomu, choć każdy z nas nieustannie narzeka, widzi ten problem, chce to zmienić. Nawet najwybitniejszym, magicznie oddziałującym na ludzi osobowościom, jak Ignacy Jan Paderewski i papież Jan Paweł II, udawało się zjednoczyć Polaków tylko na krótki czas, np. ich przyjazdu do Polski.
Jakie szanse ma w tym dziele "Nowy Dziennik"? Żadne. Nawet więc się tego nie podejmujemy. Możemy natomiast zaproponować coś innego: neutralny grunt, azyl, miejsce, gdzie panuje zgoda.
Nie jest to taki nowy pomysł. "Nowy Dziennik" od początku swojej egzystencji przyjął zasadę nieangażowania się w polonijne spory – nawet wtedy, gdy racja jednej strony wydawała się oczywista lub gdy było pewne, kto wygra. Czasem korciło nas, aby skomentować, zaangażować się. Niemniej kierujący wówczas redakcją Bolesław Wierzbiański myślał długofalowo: co stanie się, jeśli zmienią się sojusze? Albo jeśli przegrany odzyska wpływy?
"Nowy Dziennik" w pierwszych latach istnienia brał stronę opozycji antykomunistycznej – tu wątpliwości nie było, ale odkąd jest wolna Polska, stara się być neutralny (cokolwiek by nam zarzucali Czytelnicy z lewa i prawa). Chce informować, zachowując dystans. Podobnie podchodzimy do spraw polonijnych.
Jeśli komuś zaciskają się pięści, bo właśnie kogoś lustruje albo toczy walkę wewnątrz jakiejś organizacji, musimy go zmartwić: nie włączymy się do rozgrywek, nie staniemy po jego – ani żadnej – stronie. Nie zamierzamy też, oczywiście, kiedykolwiek, komentować zawartości innych gazet ani reagować na zamieszczane tam ataki na nas; byłoby to zresztą nieprofesjonalne.
Nie ma gazety, instytucji, państwa w stu procentach neutralnego. Liczy się więc intencja, staranie. Mamy nadzieję, że nasza będzie doceniona.
Niech więc skłóceni Polonusi – czy to z powodu poglądów politycznych, różnic pokoleniowych czy prywatnych lub biznesowych animozji – przyjmą do wiadomości, że nie zaangażujemy się w ich spory. Niech za to zrozumieją, że na dłuższą metę wszystkim nam potrzebne jest takie neutralne poletko, ktoś stojący zupełnie z boku. Nawet ludy pierwotne (Boże broń, żebym porównywał je do Polonii!) w imię rozsądku i potrzeby przetrwania tworzyły takie sanktuaria, np. czyjś szałas, wchodząc do którego odkładano na bok dzidy, gdyż – wszyscy honorowali ten konsensus – nikomu nie stanie się tam krzywda.
Zapraszamy wszystkich do budynku i na łamy "Nowego Dziennika"! Dzidy prosimy zostawić w szatni.